Pobierz całą gazetkę tutaj

Rozmowa z panią Ireną Kucharską, siostrzenicą ks. Franciszka Blachnickiego.

Czeka Nas Droga: Czy wypełnia się charyzmat Ruchu Światło-Życie, który jest jednocześnie duchowym testamentem Sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego?
Irena Kucharska: Mieliśmy rozmowę na temat jedności, jaką mają tworzyć różni ludzie ze wszystkich części Ruchu, i młodzież, i dzieci, i rodziny. Przez pewien czas były kłopoty z tą jednością. Teraz jest wyraźny kierunek, taki, żeby tę jedność budować. I to jest fantastyczne! Bo to o to chodziło od samego początku.

CND: Szczególny nacisk był położony właśnie na to, żeby jedność zacząć budować od wzajemnej współpracy młodzieży i rodzin.
IK: To jest jak najbardziej w zamyśle księdza Blachnickiego. Jest ogromną radością, że pogłębia się to w świadomości młodzieży, nie tylko rodzinek.

CND: Tak, teraz odkrywamy właśnie co to jest diakonia, że jest to dalsza część naszej formacji. Ruch daje wszelkie narzędzia do pełnej realizacji, jako chrześcijanie, do odnajdywania się w Kościele. Ruch jest po to, żeby się zrealizować, chyba taki był plan Ojca.
IK: To jest tak, że sformułowanie „realizować się” nie jest prawidłowe. Służba! Być sobą! Do tego wychowuje nasz Ruch, od samego początku.

CND: W czym tkwi świętość księdza Blachnickiego?
IK: Dla mnie, w czymś co jest niewiarygodnie trudne do osiągnięcia, chodzi o życie człowieka, o to, żeby być człowiekiem pogodnym, gdy na co dzień przeżywa się ogromne trudności, ogromne bóle. I podziwiałam to, że ten człowiek zawsze miał poczucie humoru. Niesamowite! Była to na pewno radość Boża, tak głęboka. To, że umiał zażartować z sytuacji, a nawet również i z siebie, nikogo nie obrażając, nie dotykając, wprowadzając miłą atmosferę przy stole, w kontaktach codziennych. Bywał bardzo wymagający. Ja nieraz słyszałam i wobec mnie, gdy mówił, że to, czy tamto trzeba zrobić. „To trzeba zrobić, nie ma tak. Jest sprawa do zrobienia i trzeba to zrobić”. A myśmy mówiły i to wyrażało się z takim buntem: „Przecież tego się nie da zrobić! Przecież my nie podołamy”. Miałyśmy mnóstwo argumentów, że to nie wyjdzie. Ojciec mówił: „No spróbuj! Zacznij!”. Wiele było takich oporów, człowiek był przekonany, że się nie nadaje. „Zrób!” To było świetne!

CND: Czy ksiądz Blachnicki miał swoje powiedzonka, może jakieś anegdoty?
IK: Miał poczucie humoru sytuacyjnego. Więc, jak coś się wydarzyło, to potrafił z tego coś śmiesznego wyprowadzić. Ja pamiętam taką sytuację. Kaplica światła na Kopiej Górce. Był tam wieczór pogodny dla kilku oaz. Prowadził je ojciec franciszkanin. Żarty opowiadał, śpiewy były. No i widzę, wchodzi biedny, pochylony i idzie na pogodny wieczór. Myślę sobie: „O Boże! Jaki on biedny, może mu dadzą spokój. Posiedzi, pośmieje się, pośpiewa. Nie zdążył dobrze wejść, a ojciec franciszkanin: „Ooo! Zobaczcie kto przyszedł! To teraz nam ksiądz opowie kawał”. „Biedny ten ojciec, co on teraz wymyśli, tyle miał przecież na głowie”. A ksiądz mówi: „Dobrze”. Usiadł sobie. Zapadła cisza. I opowiedział kawał o górnikach. Do końca życia zapamiętam. To było powiedziane w bardzo trudnym momencie dnia, a on tak bez problemu, ot tak.


CND: Ksiądz Blachnicki umiał śpiewać?
IK: Śpiewał bardzo pięknie, czyściutko, ładnie śpiewał. W seminarium był nazywany: Iktus.

CND: Jak wyglądała liturgia? Sprawowanie Eucharystii? Kazania – czy były to referaty naukowe czy kazania głoszone z mocą?
IK: Referaty naukowe zdecydowanie nie. Kazania prowadzone były w tonie spokojnym i dla człowieka, który nie słuchał od początku – nudny. Można było zasnąć. Ale jeśli się go słuchało od początku, to mówił logicznie i wywodził myśl, powiedzmy od Adama i Ewy. Potrafił dostosować sposób mówienia do odbiorców. Ja go słyszałam, jak mówił do dzieci. To było bardzo proste i skierowane do młodych, żeby mogły zrozumieć.
To wiem z opowiadań w Tychach: tam go nazywano Kokosz. Wtedy księża mieli często długie czarne peleryny. Chodził w niej jak było chłodniej. Młodzi ministranci włazili mu pod pelerynę. Kokosz stąd, że ich tam często sporo wlazło. Dzieci bardzo go lubiły. Potrafił docenić wartość człowieka, takiego malutkiego również. Rozmawiał z nim na jego poziomie, ale o poważnych sprawach. Ja wiem, że jak do nas do domu przyjeżdżał to u nas nocleg znajdował. Przyjeżdżał i ja się bardzo z tego cieszyłam. Nie pamiętam rozmów, ale zależało mi, żeby się z nim spotkać. Byłam potraktowana jako osoba godna rozmowy. Ktoś z kim warto porozmawiać, komu można coś powiedzieć. To były spotkania bardzo pasjonujące.

CND: Jak wyglądały oazy księdza Blachnickiego? Różniły się od dzisiejszych? Jakaś specjalna metoda?
IK: Program dnia był taki sam jak teraz, tylko treść nieco inna. Spotkań w grupach nie było wtedy, ponieważ nie miał kto tego prowadzić. Spotkania prowadził ksiądz Blachnicki metodą dialogu ze wszystkimi. Rozmawialiśmy kilkanaście minut, a później można było zadawać pytania.

CND: Chciałoby się zadać kilka pytań ojcu, poznać go.
IK: Teraz macie dobrych księży przez niego wychowanych. Czasami lepszych niż ksiądz Blachnicki. Moderatorzy, którzy potrafią przekazać to, czym właściwie żył ksiądz Blachnicki, mimo że mogą sami coś wymyślić, chcą się podporządkować czemuś co jest sprawdzone. I to jest wielkość tych księży, którzy obecnie prowadzą oazy. To jest niesamowite! Bo można to porównać do przekazywania Ewangelii, nie jest to moje, lecz chcę kontynuować, przekazywać dalej. To jest fantastyczne! Ci księża, nasi moderatorzy to wielki skarb, tylko na klęczki i dziękować Bogu.

CND: My jesteśmy w diakonii liturgicznej. Dlaczego Pani również wybrała diakonię liturgiczną? Jak to się stało?
IK: Ja? Ja jej nie wybierałam. Ks. Blachnicki powiedział: „Ty się tym zajmiesz”.

CND: Jak w ogóle zachęcić dziewczyny, kobiety do diakonii liturgicznej? Jakie jest miejsce dziewczyn w takiej diakonii?
IK: Przede wszystkim te posługi są dla nich, tzn. posługa ładu oraz śpiew. Chodzi głównie o komentarze. W komentarzach można być bardzo, bardzo przydatną osobą. To jest drobiazg, to nie jest wielkie wystąpienie. Pierwszą rzeczą, którą musi zrobić osoba, która komentarze wyczytuje, to wyobrażenie sobie odbiorcy, musi ona wiedzieć do kogo mówi i na jaki temat ma mówić, na co zwrócić uwagę tym ludziom, którzy będą brali udział w modlitwie. I po drugie, umieć to wyrazić krótko i sensownie. No i potem, na samym końcu, przeczytać.

M. Czapla Słowo Redaktora

„Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili” (Mt 25, 45) 

Wypełnić dobrze swój wolny czas to często wielka sztuka. Wakacje to świetny powód do jego marnowania, w końcu jest go po prostu więcej. Studenci doskonale znają na to różne sposoby, a w dodatku mogą się wykazać o jeden miesiąc dłużej od reszty młodzieży. Patrząc na ten temat z drugiej strony, warto jednak spojrzeć na wartościowy aspekt wakacji. Dla oazowicza jest to czas najgłębszej formacji. Ściśle w ten okres wchodzimy od momentu Czerwcowej Szkoły Animatora. Tutaj przede wszystkim dopinamy wszelkie sprawy dotyczące turnusów wakacyjnych, a czasem po prostu podejmujemy zupełnie nowe pomysły, które mogłyby wspomóc prowadzenie naszych rekolekcji. Tym samym zapraszam do relacji a. Marty Mazur z tego wydarzenia. Z relacji moich uczestników, wielu animatorów i własnego doświadczenia wiem, jak bardzo charakter i wiarę potrafi kształtować 15-dniowa oaza wakacyjna.

Patronem tego numeru uczyniliśmy św. Maksymiliana Marię Kolbego. Chciałbym zachęcić do przeczytania sylwetki świętego zakonnika z Niepokalanowa autorstwa a. Agnieszki Tokarskiej. Wspominamy przez to nie tylko powszechnie znaną historię jego męczeństwa w Auschwitz, ale również mniej znane a ciekawe fakty związane z rozmachem jego działalności misyjnej w Azji i organizowaniem katolickich mediów w Polsce.

Z wielką radością przyjąłem od naszych animatorów wiadomość o możliwości przeprowadzenia wywiadu z Panią Ireną Kucharską – siostrzenicą Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego. Rozmowę w Pionkach, gdzie gościliśmy Panią Irenę, przeprowadził a. Damian Kwiatkowski i a. Piotr Krzysztoszek z Diakonii Liturgicznej. Dzięki jej wspomnieniom jawi nam się obraz Ojca Franciszka jako człowieka bardzo pokornego, a jednocześnie roześmianego i otwartego na drugiego człowieka. Pani Irena szczególną uwagę zwróciła na księży, którzy dzisiaj pracują w oazie. Stali się oni naśladowcami ks. Blachnickiego, poruszają się po sprawdzonej drodze.

Cela, prycza i… indeks

Za kilkanaście dni maturzyści otrzymają wyniki swojego egzaminu dojrzałości i będą podejmować decyzje dotyczące swojego dalszego kształcenia. Wielu dostanie się na wymarzone kierunki studiów, dla niektórych poprzeczka wymaganych punktów okaże się zawieszona za wysoko.


Będą i tacy, dla których za wysoka może się okazać bariera finansowa, zwłaszcza gdy studiuje się poza domem. Koszty utrzymania z akademikiem czy stancją, niestety, przekraczają możliwości finansowe niemałej liczby polskich rodzin.

Być może jakimś panaceum na te trudności będzie absolutnie nowatorski pomysł, jaki od nowego roku akademickiego ma być realizowany w Radomiu. Mianowicie, 3,5-letnie studia inżynierskie dla osadzonych - wspólne przedsięwzięcie Politechniki Radomskiej oraz Aresztu Śledczego w Radomiu. Przez pierwsze dwa lata studiów wykłady będą odbywały się w areszcie, gdzie na zajęcia przyjeżdżać będą wykładowcy. Wygodnie, na miejscu, za darmo. Po tym okresie skazani kierowani będą do zakładu karnego typu półotwartego, skąd będą dojeżdżać do auli wykładowych i laboratoriów Politechniki.

Trzeba więc tylko skutecznie wejść w konflikt z prawem, a wtedy studia i akademik w jednym miejscu, bez żadnych kosztów, zapewnione. Nawet jeśli pechowo się złoży, że nie trafi się do więzienia w Radomiu, to też nie problem, bo więźniowie mają być dowożeni także z innych zakładów karnych; koszty przecież nie grają roli przy realizacji tak szczytnej idei. Poza tym można przypuszczać, że i w innych miastach nie zabraknie naśladowców pionierskich metod resocjalizacji.

Nie wiem, czy taka propozycja przypadnie do gustu tegorocznym maturzystom, spodobał się natomiast bardzo pomysł studiów przynajmniej niektórym więźniom. W Programie 1 Polskiego Radia wypowiedzieli się skazani: jeden na dożywocie, drugi na 25 lat. Stwierdzili zgodnie, że bardzo chętnie skorzystają z tej możliwości, bo dzięki odbytym studiom będą mieli inny start w życie postpenitencjarne, a zacząć studia za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, gdy opuszczą więzienie, byłoby im trudno. Bardzo logiczna argumentacja. Trudno też przypuszczać, by więzień skazany na dożywocie, gdy za 30 lat opuści zakład karny, zdążył np. zwiedzić cały świat, a dlaczego pozbawiać go takiej możliwości? Proponuję, by w ramach resocjalizacji i słusznych praw więźniów zorganizować np. co pół roku wycieczkę krajoznawczą. Żeby nie przesadzić, można zacząć np. od Rzymu, Paryża i Wysp Kanaryjskich. Korzyść poznawania historii i kultury, piękna przyrody i obcych języków oczywista, więc może się dałoby napisać jakiś projekt wsparty z unijnych funduszy…

A tak całkiem poważnie, nie mam nic przeciwko studiom dla więźniów, nie kwestionuję też ich waloru resocjalizacyjnego. Oburza mnie jednak fakt, że w sytuacji, gdy niemała część polskiej młodzieży z powodów finansowych nie może pozwolić sobie na studia, lub podejmuje je kosztem wielkich wyrzeczeń; gdy ogranicza się środki na stypendia studenckie, dydaktykę i na badania naukowe, funduje się jednocześnie bezpłatne studia więźniom. Jeśliby zapracowali i zapłacili za te studia, pomysł byłby godny pochwały. W przeciwnym razie mamy do czynienia z rażącym naruszeniem może nie tyle konstytucyjnej zasady sprawiedliwości społecznej, ile zwyczajnej sprawiedliwości i zwyczajnego poczucia przyzwoitości. Tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że w ub. roku dzienny koszt utrzymania więźnia w Polsce wynosił 76 zł, czyli blisko 2,5 tys. zł miesięcznie. Dla porównania dzienna stawka żywieniowa w szpitalu wynosi około 8,50zł, do dziecka z domów dziecka państwo dodaje dziennie jedynie 7,70zł na osobę zaś najniższa emerytura nie przekracza 700 zł miesięcznie.

„Państwo, które nie kierowałoby się sprawiedliwością, zredukowałoby się do wielkiej bandy złodziei” – takie mocne słowa powtórzył za św. Augustynem papież Benedykt XVI w encyklice Deus Caritas est. (nr 28). Państwo, w którym łatwiej ukończyć studia skazanemu na dożywocie zbrodniarzowi niż uczciwej, zdolnej młodzieży z ubogich rodzin, nie jest państwem sprawiedliwym. A z drugiej strony, czy warto studiować w państwie, które więcej płaci za utrzymanie więźnia niż np. za pracę dyplomowanego nauczyciela z dwoma fakultetami i trzydziestoletnim stażem?

Wola Boga i wolność człowieka

Kto wypełnia wolę Boga z miłością i zaufaniem, ten osiąga szczyt wolności do dobra, bo wybiera drogę błogosławieństwa i życia.

    Bóg nie szuka niewolników lecz przyjaciół
     „Nie każdy, który mi mówi: »Panie, Panie«, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Pełnienie woli Boga nie oznacza jednak, że stajemy się Jego sługami czy niewolnikami, lecz Jego przyjaciółmi i krewnymi! Bóg podpowiada nam sposoby postępowania nie dlatego, że chce nami zarządzać czy ograniczać naszą wolność, lecz wyłącznie dlatego, że nas kocha i troszczy się o nas. Jezus wyjaśnia, że „kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką” (Mt 12,50). Chodzi zatem nie o jakiekolwiek pełnienie woli Boga, ale o pełnienie Jego woli w sposób świadomy i dobrowolny, z miłości, a nie ze strachu, poczucia obowiązku czy obawy przed grzechem. Kto z miłością i wewnętrznym przekonaniem pełni wolę Boga, tego Jezus nie nazywa sługą, „bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15).


    Posłuszeństwo i wolność
    Bóg nie zmusza nas do pełnienia Jego woli, gdyż dał nam prawdziwą wolność, za którą On sam zapłacił najwyższą cenę: przybiliśmy Go do krzyża, gdy przyszedł do nas w ludzkiej naturze. Pełnienie woli Bożej ma miejsce jedynie wtedy, gdy czynimy to z miłości, a nie z jakiegokolwiek innego motywu i gdy jesteśmy wdzięczni Bogu za to, że w każdej sytuacji podpowiada nam najlepszą drogę życia. Pełnienie woli Boga nie ma nic wspólnego z rezygnacją z własnej świadomości, wolności czy odpowiedzialności. Jest to natomiast znak przyjaźni z Bogiem i niezawodny sposób chronienia samego siebie przed błędnymi decyzjami, jakie grożą nam z powodu naszej niedoskonałości i grzeszności. Pełnienie woli Boga przez człowieka to nie podporządkowanie się Jego dominacji, lecz wybieranie – z pomocą Boga – najlepszej z możliwych dróg życia na ziemi. Jezus wyznał: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który mnie posłał” (J 4, 34). Pełnienie woli Ojca było dla Niego pokarmem, który Go umacniał w każdej sytuacji! W Ogrójcu Jezus powiedział: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie” (Łk 22, 42). Podobną postawę wobec Boga zajmowała Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38).


    Zasady postępowania a nie szczegółowe polecenia
    Nie wystarczy chcieć pełnić wolę Boga z miłości i w przekonaniu, że jest to najbardziej błogosławiony sposób życia na ziemi. Trzeba jeszcze tę wolę Boga trafnie rozpoznawać w małych i wielkich sprawach. Biblia wyjaśnia, że wolą Boga jest to, „by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4) oraz „abyśmy się wzajemnie miłowali, jak On nas umiłował” (J 13,34). Wolą Boga nie jest zatem „ręczne” sterowanie naszym życiem w każdym aspekcie i szczególe. Bóg cieszy się z naszej autonomii, jaką nas obdarzył. Nie traktuje ludzi jak własności, którą dowolnie zarządza lecz jak ukochane dzieci, którym towarzyszy na każdym kroku jak najwierniejszy przyjaciel. Podpowiada nam jak żyć, gdyż wie, że nie jesteśmy doskonali w naszym myśleniu, decydowaniu, realizowaniu naszych własnych – nawet najlepszych! – pragnień, marzeń i postanowień. Wyjaśnia nam zasady życia, lecz nie daje gotowych recept co do naszych szczegółowych decyzji i zachowań w określonej sytuacji. Kochający rodzice, którzy naśladują Boga, postępują podobnie: nie dają dziecku na wszystko gotowych recept ani drobiazgowych poleceń, lecz uczą mądrej filozofii życia, tłumaczą sens istnienia, przestrzegają przed błędnymi decyzjami, motywują do wybierania trudnego dobra.    

Decyduj mądrze!
    „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy” (Pwt 30, 15-16). Pierwszym warunkiem rozpoznawania woli Boga jest patrzenie, czyli obserwowanie otaczającej nas rzeczywistości i nas samych po to, by odróżniać dobro od zła, błogosławieństwo od przekleństwa, życie od śmierci. Bóg pragnie, byśmy niczego nie czynili pochopnie, lecz najpierw się zastanawiali, a następnie działali. Patrz! – to obserwuj rzeczywistość i wyciągaj wnioski, rozmawiaj z Bogiem, który wskazuje najlepszą drogę życia, czytaj Pismo Święte, słuchaj głosu sumienia. Bóg pragnie, byśmy w każdej sytuacji wybierali to, co dobre, mądre, rozsądne, co jest wyrazem miłości do Boga, do bliźniego, do samego siebie. Rozpoznawanie woli Boga w codzienności to kierowanie się w każdej sprawie Dekalogiem i przykazaniem miłości. Gdy kochamy, wtedy Bóg pozostawia nam pełną autonomię działania. Św. Augustyn stwierdza: kochaj i rób, co chcesz! To znaczy: sam decyduj o tym, w jaki sposób postępujesz, ale pod warunkiem, że każda twoja decyzja wynika z miłości, a nie z egoizmu, popędów, emocji czy nacisków środowiska. Ty decyduj, którą książkę przeczytasz, byle to była książka, która pomaga rozumieć miłość. Ty decyduj, co dziś zjesz, czy pójdziesz na spacer czy popływać, bylebyś respektował zasady zdrowego trybu życia. Ty decyduj, dla kogo dzisiaj poświęcisz najwięcej czasu, byle byłoby to wyrazem miłości i roztropności. Im ważniejsza jest sprawa, tym bardziej patrz, analizuj, proś Boga o pomoc.
  

 Wolą Boga jest szczęście człowieka
    Wolą Boga jest nasza świętość i zbawienie. Bóg podpowiada każdemu z nas świętość w małżeństwie i rodzinie, w kapłaństwie lub w życiu konsekrowanym. Gdy proponuje komuś małżeństwo, to nie wyznacza mu współmałżonka, gdyż zawarcie małżeństwa to autonomiczna decyzja obojga narzeczonych. Bóg podpowiada jedynie kryteria doboru małżonka: powinien to być ktoś dojrzały, kto potrafi kochać wiernie i na zawsze. Jeśli jakaś kobieta zakochuje się w mężczyźnie, który ma wiele pozytywnych cech, ale z powodu jakiejś poważnej słabości nie gwarantuje, że będzie niezawodnie kochał, to ona rezygnuje z poślubienia go, jeśli on się nie zmieni. Tak postępując, kobieta odczytuje wolę Boga i nią się kieruje. Respektuje wolę Boga ten, kto wie, że Stwórca go kocha i że warto uzgadniać własne pragnienia z Jego pragnieniami. Im bardziej ktoś kocha, tym trafniej rozpoznaje wolę Boga i tym chętniej ją wypełnia, gdyż ufa Bogu bardziej niż ludziom i niż samemu siebie: niż własnemu ciału, przekonaniom, przeżyciom, emocjom, pragnieniom, marzeniom, aspiracjom. Cierpienie nie pochodzi od Boga lecz od człowieka, który nie kieruje się Dekalogiem. Jezus objawił nam wolę Ojca po to, aby radość Jego w nas była i aby radość nasza była pełna (por. J 15,11).


    Strzec się magicznego myślenia
    Trzeba strzec się takich prób odczytywania woli Boga, które graniczą z magią i nie są zgodne z naturą człowieka, z jego rozumnością i wolnością. Bóg po to objawił siebie i swoją wolę w Biblii oraz po to posłał nam swego Syna, byśmy nie musieli odczytywać Jego woli po omacku, metodą prób i błędów, lecz byśmy jasno rozumieli, jakie postępowanie zgodne jest z kryteriami Jego miłości i mądrości. Problematyczne jest postępowanie tych, którzy podejmują decyzje na przykład w oparciu o pojedyncze zdanie, które przeczytali na przypadkowo otworzonej stronie Pisma Świętego. Bóg znajduje pewniejsze sposoby komunikowania nam swej woli, jeśli tylko żyjemy w Jego obecności i pozostajemy otwarci na wszystkie Jego znaki. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus przypomina, że nasze główne zadanie „polega na tym, by spełniać wolę Boga. Być tym, czym On chce, byśmy byli”. Najważniejsze jest to, kim się stajemy, gdyż z naszego sposobu istnienia wynikają nasze decyzje i zachowania. Kto pełni wolę Boga, tego Jezus nazywa człowiekiem mądrym i roztropnym, który zbudował dom na skale, a nie na piasku (por. Mt 7,24).

Recenzja filmu RYTUAŁ

Egzorcyzmy to dobry temat na zrobienie filmowego dzieła. Regularnie raz na kilka lat repertuary kinowe zapraszają ludzi do obejrzenia dzieła o takiej tematyce. Osoba szatana i wypędzenia go z wnętrza człowieka powoli staje się nudna mnogością takich filmów.


Widzieliśmy już takie, w których „diabełek” przybierał postać małego chłopca, a także poniekąd kryminalnego odkrywania zaginionej świątyni znajdującej się gdzieś pod pustyniami dalekiej Afryki oraz innych wymysłów scenarzystów. Ale pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w której szatan obecny jest pod osobą… światowej sławy egzorcysty.


Oglądając zwiastun w internecie, pomyślałem sobie że to kolejny film, dzięki któremu nieznany reżyser Mikael Hafström „próbuje się wybić” na półkę „znani reżyserzy”. Jednak gdy dowiedziałem się że film powstał na prawdziwych wydarzeniach, postanowiłem go obejrzeć (choć prawdę mówiąc po dziś dzień mam wątpliwości czy to nie był chwyt marketingowy reżysera).


„Rytuał” opowiada o młodym mężczyźnie Michaelu Kovaku, który postanawia wstąpić do jednego z amerykańskich seminariów. Tej decyzji nie jest do końca pewny, jednak przechodzi kolejne lata formacji. Po przyjęciu święceń diakonatu, w jednej z rozmów ze swoim przełożonym, dowiaduje się o planowanym dla niego wyjeździe do Watykanu na kurs dla egzorcystów.


Uczęszczając na zajęcia coraz bardziej zaczyna wątpić w realne istnienie diabła, a upewnia się co do wielu chorób psychicznych opętanych. Nieopodal Rzymu poznaje ojca Lucasa – znanego egzorcystę, który stara się mu wytłumaczyć jego błędne myślenie. Gdy Michael coraz głębiej wchodzi w przekonanie, że opętanie jest fikcyjnym zjawiskiem, tym częściej objawia mu się szatan i coraz głośniej słyszy kuszący go głos. Ojciec Lucas wyjaśnia mu, że diabeł chce doprowadzić egzorcystów do zwątpienia i jest gotów przypominać im najbardziej wstydliwe sytuacje z ich życia. Jednak sukces jest możliwy tylko dzięki gorliwej wierze.


Nieoczekiwanie młody diakon staje w sytuacji wręcz niewyobrażalne: musi wypędzić złego ducha z osoby swojego mentora – ojca Lucasa. Czy młody diakon z zachwianą wiarą podoła temu trudnemu zadaniowi i czy zdecyduje się przyjąć święcenia prezbiteratu? Tego dowiecie się oglądając „Rytuał”.


Anthony Hopkins (grający rolę ojca Lucasa) tym filmem potwierdził, że jego umiejętności aktorskie stoją na najwyższym poziomie, a Colin O'Donoghue (grający rolę Michaela Kavaka) pokazał swoje możliwości aktorskie.


„Rytuał” zachwycił mnie tym, że jest jedynym filmem o tej tematyce, w którym ciężko znaleźć efekty specjalne, przez co staje się bliski realizmowi. Reżyser buduje swoisty mroczny klimat, który do samego końca trzyma w napięciu. Również ukazuje jaką fundamentalną wartość ma gorliwa wiara.


Wydaje mi się, że jest to film godny uwagi i zapraszam wszystkich do jego obejrzenia.

Adresy ośrodków

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci