Pobierz całą gazetkę tutaj

Z Księgą Rodzaju w Namiocie Spotkania

POTOP CZ. II

            Można też spojrzeć na ten fragment inaczej, rozumiejąc za „synów Boga” po prostu wszystkich mężczyzn. Przypomnij sobie stworzenie pierwszego człowieka u Jahwisty: Bóg ulepił go z gliny – jest więc jakby jego ojcem. Natomiast Ewa została stworzona z żebra Adama – w pewnym sensie można ją uznać za „córkę człowieczą”, choć bez wątpienia stwórcą jest Bóg – Jahwe. Czy jednak można mówić o jakiejś formie ojcostwa Adama, co raczej zakłada słowo „córka”?

            Cóż, sam musisz wybrać. Na razie spójrzmy na następny wers – trzeci. Jest w nim mowa o skróceniu życia człowieka do 120 lat. Domyślamy się, że jest to efektem postępowania „synów Boga”. Czy zatem wcześniej ludzie żyli dłużej? Co więcej, wygląda na to, że Bóg nie jest zbyt konsekwentny, bowiem Noe żyje później aż 969 lat życia Matuzalema (Metuszelacha), najdłuższe w Biblii, wcale nie jest czymś wyjątkowo wielkim. Na przykład najdłużej żyjący z królów sumeryjskich miał podobno 36000 lat. Tak, tak, aż tyle i nie jest to bynajmniej rekord, bo na innej odkopanej tabliczce znaleziono imiona trzech królów, z których każdy miał żyć po 72000 lat. Niestety nie zawsze możemy znaleźć klucz do odszyfrowania tej symboliki. Czasem nam się to udaje, np.: życie Lameka (Rdz 5,28-31) składa się z samych „siódemek”. Urodził mu się bowiem syn, gdy miał 182 lata (26 x 7), później przeżył 595 lat (85 x 7), a razem żył 777 lat (oczywiście 111 x 7). Jego ojciec Henoch (Rdz 5, 21-24) żył 365 lat, dokładnie tyle ile dni ma rok słoneczny… Jedno jest pewne: nie można tych liczb brać dosłownie.

Przyjaźń

Szanowna Redakcjo!

Pozdrawiam Cię serdecznie i bardzo gorąco.

            Ten list postanowiłam napisać właśnie teraz, gdyż wakacje są dla mnie szczególnym czasem. Jest to okres nowych doświadczeń życiowych, nowych sytuacji, które ciągle zmuszają mnie do podejmowania  trudnych decyzji. Jest to zarazem czas wielkiej próby.

            Zupełnie inaczej jest wtedy, gdy z przyjaciółmi można się codziennie spotykać, razem przebywać, razem przeżywać radości i smutki. Jedna jest zupełnie inaczej, gdy przestajemy się spotykać, gdy niezależnie od nas trzeba opuścić przyjaciół i wyjechać. Ale czy odległość, choćby niewielka może oddalić od siebie prawdziwych przyjaciół? Czy tak szybko zapominamy o przyjacielu, gdy go nie ma z nami? Jaka właściwie jest ta prawdziwa przyjaźń? Czy istnieje? Czy może tylko tak nam się wydaje? Takie i podobne pytania przychodziły mi na myśl, gdy byłam daleko od moich przyjaciół, gdy potrzebowałam ich wsparcia, prostych słów czy gestów, które utwierdziłyby mnie w tym, że mam przyjaciół. A może po prostu za dużo od nich wymagałam? W tym momencie przypomniałam sobie następujące słowa z książki A.S. Exupery’ego „Mały Książę”: „Należy wymagać tego, co można otrzymać”. Kolejny raz zawiodłam się na moich przyjaciołach, było mi bardzo ciężko, ale właściwie wtedy zrozumiałam to, że „człowiek musi się wielokrotnie zawieść na ludziach, gdyż dopiero wtedy zaczyna wierzyć, że tylko Chrystus jest niezwodnym przyjacielem”.

            Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak trudno jest okazywać przyjaźń, dobroć, miłość, zaufanie, dlaczego nie potrafimy zrezygnować z siebie dla drugiej osoby, na życzliwy uśmiech, dobre słowo, na naszą przyjaźń. Dlaczego nie zauważamy tej osoby? Co nam w tym przeszkadza? Duma, pycha, egoizm? Czy może boimy się otworzyć przed drugim człowiekiem?

            Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na te pytania. Pomogła mi w tym pewna osoba, dzięki której należę do oazy, mam przyjaciół i potrafię zrozumieć innych, którzy oczekują pomocy. Tą osobą jest mój pierwszy animator, któremu tak wiele zawdzięczam. Nasza rozmowa była odpowiedzią właściwie na jedno wielkie pytanie, czy istnieje i jaka jest ta prawdziwa przyjaźń? Nie pamiętam dokładnie całej rozmowy, ale jedno zdanie utkwiło mi na zawsze w pamięci, mimo, że wcześniej tyle razy je słyszałam: „Kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był. Prawdziwego przyjaciela można porównać do chleba i wina”. Po tej rozmowie, gdy wszystko przemyślałam, zupełnie inaczej zaczęłam patrzeć na przyjaźń, na przyjaciół. Zrozumiałam, że Pan Bóg wystawił mnie na wielką próbę, że doświadczył mnie, a tylko ode mnie zależało, czy zwycięsko wyjdę z tej próby, czy się nie załamię i upadnę na dno rozpaczy. Zrozumiałam, że nie można sądzić nikogo po jego zewnętrznych czynach, gdyż Jedynym Sędzią jest Bóg, a człowiek nie zawsze potrafi zgodzić się z wolą Bożą i wypełniać ją w swoim życiu. Każdy z nas ma swoje wzloty i upadki, które często są tak ciężkie, że sami nie potrafimy z nich powstać. Wtedy są przy nas przyjaciele, ale i oni też zawodzą nas i nie zawsze potrafią stanąć na wysokości zadania, nie zawsze potrafią zrezygnować dla innych.

            Wówczas okazuje się, że tylko Chrystus jest niezawodnym Przyjacielem. Tylko On nas może podnieść z upadku, jeśli powierzymy Mu swoje życie. Często w wieczornej modlitwie zwracałam się do Chrystusa z różnymi problemami, stawiałam pytania… Zastanawiałam się czy warto przekreślić czas spędzony z przyjaciółmi, wspólne przeżycia, przygody, radości, cierpienia; czy warto zburzyć ten mur przyjaźni? Czy chwilowe kryzysy i załamania są aż tak wielkie, abyśmy nie byli w stanie ich przełamać? I tutaj najlepszym lekarstwem była szczera modlitwa. Teraz wiem, że właśnie codzienna modlitwa potrafi zmienić nasz stosunek do innych ludzi, ukształtować pogląd na wiele spraw, problemów i pytań, które nas nurtują. Najważniejsze jest to, aby nigdy nie gasić światła nadziei, aby „nie lękać się miłości, która stawia człowiekowi wymagania” (Jan Paweł II).

            Mimo wszystko trudno mi było wrócić tak naprawdę do grona przyjaciół, na których się zwiodłam. Ale postanowiłam, że zrobię wszystko, aby wzmocnić naszą przyjaźń, gdyż nie wyobrażam sobie życia bez przyjaciół, to oni nadają sens mojemu życiu. Przecież to Bóg postawił ich na mojej drodze, abym nie była sama, abym obdarzała ich tymi darami, które otrzymałam od Niego, abym Jego wolę spełniała w dawaniu siebie innym.

            Szczególną rolę w budowaniu przyjaźni odegrał Ksiądz Opiekun, który zaszczepił w nas przyjaźń. To on nauczył nas w każdym człowieku dostrzegać dobro, chociaż – jak mawiał – zło zawsze będzie krzyczało. To on uczy nas, jak „chlebem odpowiadać na kamień”. Jeśli te słowa przyjmiemy do naszego serca i będziemy je wypełniać w naszym życiu, to o wiele łatwiej będzie nam pokonywać trudności i przezwyciężać własne słabości.

            Na zakończenie mojej wypowiedzi na temat przyjaźni chcę powiedzieć, że warto mieć i żyć dla przyjaciół, ale i my musimy od siebie wymagać, gdyż tylko wtedy będziemy przygotowani na rezygnację z siebie dla przyjaciół, a tym samym dla Chrystusa.

            „Przyjaciel jest darem, który składasz samemu sobie”

Pociągnął nas swoim życiem

Pionki, dn. 20 listopada 1993 r.

Noc, godz. 1.40.

W moim Domu

 

            Mija właśnie trzeci dzień listopada, a ja przez ostatnie siedem dni zastanawiałem się, jak napisać do Ciebie kilka słów o x. Romanie Adamczyku.

            Wyznam szczerze, że nie mam żadnego pomysłu. Zapytasz, dlaczego? Sama szukam na to pytanie odpowiedzi.

            Pisząc o kimś i mając przy tym nadzieję, że to przeczytasz, mogę jakby „przesłodzić” rzeczywistość, tzn. nakarmić Cię epitetami: wspaniały, cudowny, najlepszy, etc.

A tego chcę uniknąć. Nie mam zamiaru podać Ci cukierkowego artykuliku. To, czym pragnę się z Tobą podzielić będzie w jakimś sensie moim odkryciem i prawdziwą radością.

            Przeczytałeś zapewne w swoim życiu niejedną notę biograficzną. Można się z nich dowiedzieć, gdzie „ten ktoś” się urodził, w którym roku, jakie ma tytuły naukowe, ile publikacji na swoim koncie, na ilu wykłada uniwersytetach. I w ten oto sposób rysuje się przed nami wycinkowy obraz człowieka. Wszystko to jest bardzo ważne, ale musimy pamiętać, że nie najważniejsze!

            Prawdą jest, że mogłam pozbierać mnóstwo informacji o x. Romanie: od kiedy jest w Ruchu Światło-Życie, na ilu był oazach, ile razy jeździł do Krościenka, w ilu uczestniczył kongregacjach i zjazdach moderatorów, ile razy prowadził Oazy Modlitwy w Szewnie, Sandomierzu… ile razy to, ile razy tamto…

            Początkowo sądziłam nawet, że tak zrobię, ale szybko zaniechałam tego. Pomyślałam, że nie chciałabyś czytać cyferek i suchych relacji. Nie mylę się, prawda?

            Mam przeczucie, że potrzebujemy razem czegoś innego. Konieczne jest, aby w te nic nie mówiące dane, wszczepić życie. Dlatego nie potrafię zredagować noty biograficznej o x. Romanie w tradycyjnym ujęciu.

            Ten Człowiek po prostu przerasta taką kategorię.

            Kiedy parę lat temu, pierwszy raz przyjechałem do Szewny, na Oazę Modlitwy, nie znałam jeszcze x. Romana. To było naprawdę bardzo dawno temu.

            Dokładnie pamiętam, jak staliśmy przed budynkiem, zapadał wieczór. Atmosfera tamtych dni jest mi bliska. Wtedy dopytywałam się o osobę prowadzącą oazę. Usłyszałam: „mówię ci, jaki fajny ksiądz, jak ładnie śpiewa, po prostu poezja, siwy dym”.

            Niech Cię nie zdziwi „poezji i siwy dym”. To miało oznaczać najwyższy wyraz uznania.

            Wyobraziłam sobie wówczas młodego księdza, oczywiście z gitarą, jakiegoś zapaleńca, porywającego nasze serca i bezgranicznie oddanego idei. Wszystko sprawdziło się z wyjątkiem gitary.

            Gdybyś mógł mnie teraz zobaczyć, dostrzegłbyś jak uśmiecham się do tego, co napisałam. Dzięki temu odkopuję w sercu pokłady tamtych przeżyć.

            Na pewno nie napiszę Ci wszystkiego i nawet nie próbuję. Wybacz mi także chaos, który niewątpliwie wkradnie się moje refleksje.

            Te minione lata, przeżyte w Ruchu niejako „pod dowództwem” x. Romana, były pięknym okresem w moim życiu. Jestem przekonana, że to dzięki Niemu, Jego modlitwie i pracy, ja i moi przyjaciele „wyrośniemy na Ludzi!” X. Roman wiele od nas wymagał, nigdy nie pozwolił zniżyć poprzeczki. Zachęcał nas do działania, zmuszał do odpowiedzialności, myślenia i tworzenia rzeczy pięknych. Dlaczego próbowaliśmy to robić?

            BO ON TAK ROBIŁ. To jest najlepszy argument. Pociągnął nas swoim życiem. I za to Go szanuję. Za to, że każdy z nas był dla Niego jedynym; za to, że czekał na nas w konfesjonale do późnych godzin; że troszczył się o nas, o nasze sprawy; wreszcie za to, że umiał się z nami śmiać, rzucać śnieżkami i śpiewać przy ognisku…

            Teraz już wiem, że Bóg przez Niego rzucał w nas swoje ziarno. Pośród mebli i sprzętów stał w pokoju klęcznik. Była wyeksponowana świeca. Nie pytaj mnie tylko: „cóż w tym dziwnego?”

Dla mnie to było olśnienie. Zrozumiałam, że takiemu człowiekowi mogę do końca zaufać. Wiedziałam, że ci ludzie, którzy odnajdowali sens swojego młodego życia w Oazie byli naprawdę „wymodleni” od Niego.

            Piętrzą mi się w głowie wspomnienia wielu Oaz Modlitwy, spotkań animatorów. Solidność, wierność charyzmatowi Ruchu, pobożność – to zawsze było u x. Romana na głównym miejscu. X. Roman wytrwale uczył nas odpowiedzialności za dzieło Ruchu Światło-Życie w Kościele.

            Powiedział kiedyś: „jesteśmy Ruchem, a nie zawieruchą”. Narzuca to pewien styl życia. A zrozumiał to dzięki x. Romanowi.

            Możesz powiedzieć: „Nie jest to nic rewelacyjnego: wszyscy by tak zrobili na Jego miejscu”. Być może. Ale ja w życiu nie spotkałam „wszystkich”, tylko „Jego”.

 

a. Monika Drążyk

 

* * *

 

Trudno pisać wspomnienia na temat pracy ks. Romana dla Ruchu Światło-Życie. Wielość słów byłaby niepotrzebnym zagęszczeniem, a ich małość nie odmaluje prawdziwego obrazu, ponieważ każda z osób doświadczyła posługi Księdza w sposób niepowtarzalny.

W pewnym stopniu tę pracę można porównać do pracy siewcy, któremu nieznany autor wytycza pewne zalecenia, a te – jak sądzę – udawało się ks. Romanowi realizować w życiu:

            Błogosławiony jest zasiew niesienia nadziei…

Rozsiewaj swoje siły, aby stawić czoło trudnościom życiowym

Rozsiewaj swoje męstwo, aby dodawać odwagi innym

Rozsiewaj swój zapał, swą wiarę, swą miłość

Rozsiewaj sprawy mało ważne i rzeczy bez znaczenia

Rozsiewaj i miej ufność

            - każde ziarnko wzbogaci maleńki skrawek ziemi.

/s. Małgorzata Seliga – Moderatorka Diecezjalna/

 

* * *

„Zawsze cały i zawsze trochę w cieniu”

x. J. Szymik

 

Pewnego dnia szef redakcji przyszedł i powiedział:

- Wiesz, najbliższy numer będzie dedykowany ks. Romanowi, taki wyraz wdzięczności… Napisz pod kątem oazy kleryckiej.

Łatwo powiedzieć „napisz coś” – myślałem. Ks. Roman znam 6 lat, można by napisać książkę z naszych spotkań, począwszy od Oazy Modlitwy w Szewnie w 1987 r., gdy poznałem go jako uczeń III klasy LO.

A oaza klerycka?

Wszędzie istnieje potrzeba budowania Nowego Życia, Nowej Kultury, Nowego Człowieka. W Seminarium też… Poza tym, świadomość, że za parę lat, a może całkiem niedługo, Chrystus pośle nas, by głosić Ewangelię, domaga się poznawania formy pracy duszpasterskiej. A dodawać nie trzeba, iż Ruch Światło-Życie jest najliczniejszą i najbardziej rozpowszechnioną formą pracy w parafii.

Ks. Romana zawsze pamiętam jako Człowieka konsekwencji. Głoszenia i życia. I takim też był i nadal jest w Seminarium, wymagającym od siebie i od innych. Człowiek po prostu dobry, który cię nie spławi z byle czym, potrafiący śmiać się podczas rozmów, spotkań i wykładów… A także Kapłan, który nie tylko mówi o Namiocie Spotkania, ale sam zawsze rankiem w małej kaplicy odprawia rozmyślanie, i w którego pokoju jest miejsce na klęcznik do modlitwy. Człowiek konsekwencji…

Dobro Kościoła i rola w czynieniu tego dobra Ruchu Światło-Życie, to ciągła troska ks. Romana, temat rozmów, spotkań. Także Ruchu Światło-Życie w Seminarium. Animacja spotkań, modlitw, działalności charytatywnej, „wydawniczej”…

 

Andrzej

 

* * *

 

Pamiętam moje przerażenie, kiedy okazało się, że mam zaśpiewać psalm na porannej Mszy św. Nie miałem chwili do zastanowienia, bo kiedy wchodziłem do zakrystii, ks. Roman powiedział: „mnie to nic nie obchodzi, ja idę odprawiać Mszę św.” No i poszliśmy…

 

Marek Wójcik

 

* * *

Numer ten jest próbą wdzięczności ks. Romanowi za Jego posługę, jest to próba, bo nigdy nie zdołamy w pełni Mu się odwdzięczyć. Nie sposób zamieścić na naszych kilku stronach wypowiedzi wszystkich tych, którzy chcieliby swoją wdzięczność „przelać na papier”.

Gdy w lutym 1992 r. byłem w Centrum Oazowym w Radomiu, Ks. Roman dał mi numer „Wieczernika” – Pisma Ruchu Archidiecezji Poznańskiej, i wspomniał, czy nie można by wydawać naszego diecezjalnego pisma oazowego – i tak się zaczęło… Podczas majowej Oazy Modlitwy szukaliśmy tytułu dla nowego pisma… Wreszcie czerwiec – ma ukazać się „Zwiastun”! Na błogosławieństwo animatorów Ks. Roman przywiózł jeden, próbny egzemplarz. Umówiliśmy się, że przyjadę i będziemy drukować. Jednak, gdy następnego dnia spotkałem Ks. Romana, powiedział mi, że nie będzie mógł wytrzymać i sam wydrukował nr 0 /”Zwiastun”/. „CND” powstaje, od samego początku, na „sprzęcie” Ks. Romana, który wspiera nas materialnie, a przede wszystkim duchowo. Ks. Roman otacza ogromną troską również liturgię. Pamiętam, gdy byłem animatorem liturgicznym, wymagał od nas, aby wszystko było „dopięte na ostatni guzik” i wszystko musiało być na czas – po prostu wymagał od nas odpowiedzialności, ale sam dawał nam ciągle jej znakomity przykład.

Na okładce tego numeru umieściliśmy słowa, które ks. Roman wybrał na swój obrazek prymicyjny; niech będą to życzenia, a zarazem wyraz naszej wdzięczności Bogu za posługę Moderatora Diecezjalnego.

 

Piotr

Dzieje się:


9.03-11.03 SA
16.03-18.03 Ewangelizacyjna OM

23.03-25.03 SA Diecezjalnego

Więcej terminów: KALENDARZ

Oazy Wakacyjne

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci