Pobierz całą gazetkę tutaj

Wstęp

To już dziesiąty numer – ktoś powie: „mały jubileusz”; być może, ale dla nas to po prostu maleńka chwila radości, pewien etap, pytanie o przyszłość, zadowolenie… Mamy za sobą 10 numerów (plus nr 0 – „Zwiastun”), to razem 172 strony (linijek i liter liczyć nie będziemy), ale służyły nad swoim czasem i pomocą. Chcemy im właśnie w tym numerze serdecznie podziękować. Najpierw chcemy podziękować Wam Drodzy Czytelnicy – prawda jest taka, że bez Was nie byłoby „CND”. Słowa wdzięczności kierujemy ku Tym, którzy tak wiele dla nas uczynili, czynią (… i mamy cichą nadzieję, że nadal będą to czynić). Dziękujemy ks. Romanowi Adamczykowi, bez którego nie byłoby „CND” (a na pewno nie w takiej formie); s. Małgorzacie Selidze i ks. Sławomirowi Gregorczykowi za dofinansowanie Pisma. Przez pewien czas zajmowała się korektą s. Danuta Pomykała, której za tę pracę, słowa otuchy i pomocy dziękujemy. Każdy numer zawiera mniej lub więcej artykułów – każdy (oczywiści!) ma swojego Autora, dlatego dziękujemy też wszystkim Autorom. Tak wiele osób narzeka na te czasy, dlatego doświadczając tych trudności dziękujemy również wszystkim Sponsorom. Osobiście pragnę podziękować moim Kolegom, Grześkowi i Markowi, bez których aż trudno wyobrazić sobie ukazywanie się kolejnych numerów.

Wreszcie na koniec chcemy podziękować tym wszystkim, którzy nie zostali tutaj wspomniani, a mają swój udział w przepisywaniu, drukowaniu, ukazywaniu się, rozsyłaniu czy doręczaniu „CND”. Pozostaje nam jeszcze wytłumaczyć się z tego „Numery Specjalnego”… Jest to numer „nie związany” z żadnym miesiącem, ukazuje się przy okazji Świąt Wielkanocnych. Czytelnicy (zaznaczyli to też uczestnicy tegorocznego KODA w Ankiecie) zwracali uwagę na to, że Pismo nasze ukazuje się bardzo rzadko – dlatego przyjęliśmy taką formę, aby nasze spotkania były częstsze. Informujemy również, że następny numer ukaże się w drugiej połowie kwietnia.

Wszystko zaczyna się od pukania

Wszystko zaczyna się od pukania puk… puk…. puk…

Słyszę trzy razy po jednym razie w drzwi z płyty pilśniowej. Są trzy warianty rozwiązań:

a)      Jeżeli jestem bardzo zajęty swoimi obowiązkami, to drzwi są wtedy zabezpieczone zamkiem trochę gorszym niż GERDA – i wtedy po 3 sekundach dokładnie od pierwszego puknięcia zgrzyta zamek. Wchodzi Piotrek /czytaj: Główny Redaktor/ i wstawiając głowę uzbrojoną w nieco jeszcze nowoczesny okular jednym tchem, już za pierwszym krokiem, recytuje na jednym tonie, jedno z dłuższych pozdrowień chrześcijańskich. Wtedy ja, który już wiele w życiu słyszałem, całkiem spokojnie, uśmiechnięty i uradowany, że ktoś chciał tu jeszcze przyjść, mówię: „na wieki” – raczej w tej formie, choć niekiedy jest trochę dłużej.

b)      Wariant b jest prostszy – drzwi nie są zabezpieczone i wtedy patrz wariant „a” minus klucz w drzwiach.

c)       Jeszcze inną mutacją niż wariant „a” i „b” jest wariant „c”. Otóż jest tak jak w wariancie „a” – zgrzyta klucz, ale nie ma tego, co w wariancie „b” – pozdrowienia na jednym tchu. Przyczyna jest banalnie prosta, nie ma mnie wtedy w domu i dlatego „Red. Nacz.” Nie musi robić dodatkowego wydechu.

II. Etap słowa

Potem zaczyna się z całym szacunkiem i majestatem słowo. Nie celebracja, ale edycja; nie okadzanie, ale formatowanie; nie czytanie, ale liter żmudne naciskanie; nie głosu ustawianie, ale stylistyczne poprawianie. Niekiedy są i ukłony, jakby przy zacięciu IBM-u, czynił potajemne zabobony. Najciekawsza jest graficzna obróbka, gdzie do obrazków dobierane są słówka. Zanim będzie czarny druk, znów do drzwi jest puk… puk… pukkk…

Potem siadamy w fotelach i zaczyna się długa debata, jaka będzie numeru szata: przymierzamy, dobieramy, zawsze według najnowszej mody, aby nie był kolor wody. Trzymamy się jednak zasady, by to nie był kolor blady i…. aby numer piąty nie był takiego koloru jak dziesiąty. Jeszcze tylko grafika, wychodzi spod ręki Grześka.

III.

Teraz druk….

Maszyna rusza huk.. huk… huk..

I  ćwierć tysiąca numerów odbite zostało na XERO. Ta część ofiary losu, trwa trzy godziny czasu.

IV.

A potem, już tylko chwila rozesłania, przez pocztę, odbiorców no i z uśmiechem… do następnego PUKANIA….

Przyjaźń

Podchodzimy z jednej parafii, spotykałem Go na zbiórkach ministranckich, ale tak naprawdę zacząłem Go poznawać na Io oazy. Razem opowiadaliśmy na Dniu Wspólnoty o naszej oazie i chyba właśnie wtedy pomyślałem, że On może zostać na długo w mojej pamięci.

Po oazie spotykaliśmy się bardzo często, chyba nawet szukaliśmy okazji, aby móc przebywać ze sobą jak najdłużej. Wspólny dyżur ministrancki, spotkania oazowe i modlitewne, odwiedziny – to wszystko sprawiało, że powoli kwitło uczucie PRZYJAŹNI.

Na IIo oazy jechaliśmy już jako bardzo zżyci ze sobą. Traf chciał, że zostaliśmy przydzieleni do jednej z grupy. Mogliśmy jeszcze lepiej się poznać. Nie, nie myślę, że byliśmy tylko dla siebie, ale że będąc dla siebie byliśmy jednocześnie dla wszystkich. Wtedy obaj zakochaliśmy się w górach, to było zauroczenie, zapatrzenie w piękno i mistykę gór.

Pamiętam wspólne wypady na Oazy Modlitwy najpierw do Szewnej, potem do Sandomierza, odwiedziny znajomych z oazy. Z tamtego okresu pochodzi także jedno z moich najpiękniejszych przeżyć. W klasie maturalnej podczas spotkania opłatkowego składaliśmy sobie życzenia – te złożone przez Niego zostały mi w pamięci po dzień dzisiejszy. Szczególnym sentymentem darzę zdjęcie z tego spotkania.

Zdaliśmy maturę, dostaliśmy się na studia (szkoda, że do różnych miast) mieliśmy więc bardzo długie wakacje. Mogliśmy odpocząć. Pojechaliśmy na oazę już jako animatorzy i było cudownie. Potem postanowiliśmy zaszaleć. Pojechaliśmy razem w góry. Chyba już po IIo oazy obiecaliśmy sobie, że tam wrócimy.

Skończyły się wakacje, rozpoczęliśmy studia w odległych miastach, ale to że cały czas jesteśmy sobie bliscy, spotykamy się i mamy o czym ze sobą rozmawiać, to znak, że jeżeli coś się naprawdę zaczęło, nigdy się nie kończy. I ja w to wierzę.

Chciałbym, żeby było tak zawsze. I wam drodzy Czytelnicy także życzę spotkań z takimi ludźmi, którzy pozwolą Wam stać się kimś większym, kimś wartościowszym, którzy dodadzą Wam otuchy i odwagi w chwilach trudnych, którzy będą z Wami zawsze.

Róbcie wartości

Gdy wjeżdżam do Kozienic jest już po siódmej. Widzę przez okno mury budującego się kościoła, las i „klasztorek” – znak, że jesteśmy na miejscu (u św. Rodziny w Kozienicach). Obchodzimy dokoła ten pokaźny budynek, w którym m.in. mieści się ośrodek rekolekcyjny. Z budynkiem tym połączona jest kaplica. Kiedy tam wchodzimy dobiegają nas głosy kanonów z Taize. Czyżby adoracja? Przeczucia nas nie mylą. W kaplicy panuje półmrok, na ołtarzu ustawiona ikona, którą rozświetla blask kilkunastu świec, wokół których zgromadziła się wspólnota uczestników KODA. W kaplicy jest też dużo innych osób, zaproszonych – jak to było w zwyczaju – do wspólnej modlitwy. „Bardzo dobrze, myślę, oby tak było jak najczęściej”. Ciekawe tylko, czy adoracja skończy się przed naszym wyjazdem, i czy zdążymy się chociaż przywitać. Przy wyjściu z kaplicy spotyka nas Ania i wita się z nami. Pytamy ją o dalsze plany grupy na wieczór. „Adoracja potrwa jeszcze przez pół godziny, a o 20.00 jest pogodny. Dziś inscenizacje każdej grupy” . „No, trzeba mieć szczęście” – mówię sam do siebie. Przypominam sobie ubiegłoroczne KODA i jeszcze wcześniejsze, kiedy po raz kolejny „uczyłem możliwości” młodych ludzi. Pogodny wieczór – to bolączka ostatnich lat. Umiejętność dobrej zabawy, która nieraz staje się prymitywna, granica między zabawą a śmianiem się z wad kogoś, albo z niego samego – to dylematy niejednego turnusu. KODA, jako kurs dla animatorów, musi przygotowywać ich pod każdym względem: bawienia siebie i innych też. Dlatego ks. Roman Adamczyk poddał pomysł, aby każdy pogodny miał inną formę: konkursu biblijnego, sacrosongu, a także inscenizacji. Podczas takiej mini formy teatralnej istnieje przecież możliwość przekazania wielu wartości, a także wspaniałej zabawy. Jako animator na KODA ’92 i ’93 doświadczyłem tego osobiście. W tym roku nie udało się i przyjazd na parę godzin do Kozienic, by spotkać się z ludźmi z którymi byłem na oazie dwa lata, czy rok temu uważałem za konieczny, choć o takim szczęściu, by zobaczyć inscenizacje nie marzyłem. Adoracja dobiega końca. Witamy się ze wszystkimi. Zawsze w takich chwilach jestem szczęśliwy, bo mogę zobaczyć tyle znanych mi osób, z których każda to osobna historia, to rozmowy, spotkania… Jednocześnie fakt, że z każdym można zamienić tylko parę słów zaprawia goryczą te chwile. Wychodzą moderatorzy. Jest ks. Sławek. Witam się z ks. Romanem, uśmiechniętym, niejako w swoim żywiole. S. Gosia mówi, że z tymi inscenizacjami to istne wariactwo, bo od przynajmniej trzech dni, każdemu do sztuki potrzebne co innego. Odchodząc na bok uświadamiam sobie, że ta grupa jest wspaniale zżyta i tworzy wspólnotę osób, które siebie wzajemnie potrzebują. „Tylko co potem?” myślę… Czy będą umieli zabrać to, co najcenniejsze i dać tam, gdzie może nie jest tak dobrze?” Siadam obok ks. Romana, który dzieli się ze mną podobnymi pytaniami. A oto i sam pogodny. Trudno opisywać wszystkie wystąpienia. Myślę, że można je sprowadzić do jednego mianownika – tylko Bóg! Tylko Chrystus! Tylko On przynosi wartości, które nadają ostateczny sens ludzkiej egzystencji. Pieniądze, nałogi, seks, to wszystko choć wspaniale świeci przez kolorowe opakowania jest ułudą. Przyglądałem się wszystkim grupom uważnie i trzeba stwierdzić, że widać było wspaniałe zaangażowanie to było granie całym sobą. Formy też rozmaite: pantomima, dialog, a nawet niejako misterium, grane na dwóch płaszczyznach, powiedzmy scenach: scena czarnej mszy i scena zabicia Chrystusa. Na końcu przemówił ks. Roman. Widziałem, jak wcześniej skupiony, swoim zwyczajem czynił notatki na małych karteczkach. Podkreślił, że jest to możliwe – to wszystko: atmosfera, teatr, scenografia, muzyka – jest możliwa na parafii i tam jest też na to miejsce. „Od paru lat – mówił – Polskę zalało straszne hasło >>Róbta co chceta<<, a ja Wam mówię  >>Róbcie wartości<< Bo te wartości – i tu też należy rozumieć popularność musicalu >>Metro<< - muszą zwyciężać w życiu każdego z nas”. Patrzę na wszystkich. Uśmiechnięci, szczęśliwi, że mogli dać trochę radości, a jednocześnie wiele dobra i właśnie wartości. Wracając samochodem, już późno w nocy, śmiejemy się i żartujemy, bo to naprawdę był wieczór radości, ale i wartości.

Dedykuję te rozważania wszystkim znajomym i nieznajomym, dziękując za ten wieczór i życząc powodzenia w niesieniu Chrystusa ludziom. Pamiętajcie „Róbcie wartości!”.

Europejskie Spotkanie Młodych w Monachium

Ktoś zaproponował mi, żebym na łamach tego czasopisma podzieliła się z jego Czytelnikami swoim przeżyciami i refleksjami, których dostarczył mi bezpośredni udział w Europejskim Spotkaniu Młodych w Monachium. Chętnie przystałam na tę propozycję, ponieważ Bóg pozwolił mi poznać, że jest Miłością i ciągle czuję się przez niego obdarowywana. Gdybym mogła, to pewnie krzyczałabym o tym, bo ta prawda jest ogromną radością mego serca i tak trudno mi zachować ją tylko dla siebie. Jednakże wiem jak niekiedy trudno człowiekowi tę prawdę przyjąć, zrozumieć, uwierzyć w nią, uwierzyć sercem, dlatego ta radosna prawda jest trudna do przekazania. Jednak Pan wzywa nas abyśmy się dzielili, abyśmy się dzielili wszystkim ze wszystkimi, stanowiąc jedność w Chrystusie i przez Chrystusa. Więc jeśli ktoś ma ochotę na dzielenie się ze mną, niech czyta dalej.

Będąc w Monachium w pewnym momencie zostałam, prawdopodobnie podchwytliwie zapytana: „Czy można tu znaleźć radość?” Bez namysłu odpowiedziałam twierdząco, bo pomimo niejednokrotnych przykrych obserwacji, przeżyć i doświadczeń, naprawdę przepełniona byłam ogromną radością. Ale nie tylko ja byłam radosna, bo kto był w Monachium musiał widzieć rozentuzjazmowanych i uśmiechających się nawet do nieznajomych młodych ludzi, więc może i stąd wypływała i moja radość.

Czego dotyczyły wspomniane moje przykre obserwacje, przeżycia i doświadczenia? Ktoś np. wyznawał: „My wprawdzie chodzimy do Kościoła, ale lubimy towarzystwo, w którym nie stroni się od kieliszka i niemoralnych słów i żartów.” Czyż takie wyznanie w prawdziwym wyznawcy Chrystusa wyzwoli radość? Nie. Moim zdaniem poza smutkiem, może ono tylko wyzwolić nadzieję, że nie wszystko stracone i pobudzić do wzmożonej modlitwy. Albo proszę popatrzeć. Modlitwa Pana Jezusa o to, abyśmy byli jedno, trwa już prawie 2 tysiące lat, a my wciąż jesteśmy podzieleni, skłóceni między sobą, czasami o bardzo błahe sprawy, które by znikły, wystarczyłoby usiąść i chwilę o nich porozmawiać. Czyżby zatem modlitwa Pana Jezusa nie była wysłuchiwana? Nie. To my tak często podczas Mszy Św. Podajemy sobie dłonie na znak jedności i pokoju przystępujemy do Komunii św. A potem wychodzimy z Kościoła i pozostajemy w tych naszych podziałach, skłóceniach, uprzedzeniach, wzajemnej ignorancji itp. Żyjemy jakby nic się nie wydarzyło, a przecież to, co przychodząc do nas przyniósł nam pokój, miłość, radość, pojednanie. Czemu więc my jesteśmy niekiedy tak bardzo ślepi i nie umiejący docenić tych i innych Jego darów? Czemu?...

To, o czym tu napisałam to nie wymyślona teoria, możliwe tylko, że słowa w cytatach zostały nieco zmienione, gdyż moja pamięć raczej nie przypomina pamięci komputerowej. Ja byłam świadkiem (a zanim doszłam do obecnego stanu poznania Boga, także i uczestniczką) tych przykrych sytuacji, zarówno w Monachium, jak i w innych miejscach i przyznam się, że świadomość istnienia takich sytuacji jest dla mnie bolesna. Jednak bardzo pocieszająca jest inna świadomość: przecież gdyby nie pragnienie tylu dziesiątków tysięcy młodszych serc z różnych stron świata, aby zebrać się w jednym miejscu i razem wielbić Boga poprzez wspólną modlitwę, kontemplacje, śpiewy i zabawy to nie byłoby tej cudownej Pielgrzymki Zaufania przez Ziemię, której ostatni z jej dotychczasowych etapów dane było mi poznać osobiście, za co chwała niech będzie Bogu. Wprawdzie nie da się ukryć lub pominąć faktu, iż dla wielu jest ona pretekstem do tego, żeby wyjechać w poszukiwaniu przygód, coś ciekawego zobaczyć, zrobić atrakcyjne zakupy czy też po prostu wyszaleć się z dala od domu i znajomych. Ośmielę się jednak sądzić, iż z pewnością już nie raz ta Pielgrzymka, dla nie jednego poszukiwacza przygód okazała się rzeczywistą przygodą podobną do tej, którą niegdyś przeżył Szaweł z Tarsu zdążający do Damaszku. I wydaje mi się, że to właśnie jest jednym z głównych powodów, dla których ta Pielgrzymka powstała i istnieje. Jest ona wielkim znakiem nadziei dla chrześcijańskiego świata i powiedziałbym też, że jest ona znakiem czasu mówiącym o tym, że Pan blisko jest i że trzeba nam czuwać, aby gdy przyjdzie, nie zastał nas śpiących. Dotąd pisałam dość ogólnikowo, więc może teraz nieco konkretniej o sobie i swoich przeżyciach.

Z uwagi na fakt, iż jestem osobą niepełnosprawną o dużym stopniu upośledzenia fizycznego, nigdy tak na serio nie myślałam o tym, że kiedykolwiek będę mogła wziąć udział w Europejskim Spotkaniu Młodych. A jednak stało się. Wszystkie bariery zostały pokonane i pojechałam z kilkuosobową grupą, aby po raz pierwszy w swym życiu znaleźć się w wielotysięcznym zgrupowaniu ludzi różnych narodowości, wyznań, kultur i światopoglądów, by wspólnie z nimi wciąż od nowa szukać i znajdować Boga, wsłuchiwać się w Jego słowa oraz oddawać Mu wspólnie cześć. Wspomniałam na początku, że czuję się wciąż przez Boga obdarowywana i właśnie ten mój nieoczekiwany udział w Spotkaniu Ekumenicznym był Jego kolejnym cudownym darem. Zawiozłam Panu do Monachium w intencji jedności i pokoju na świecie, a także w kilku prywatnych intencjach, oprócz wielkiej radości, swoje cierpienie i lęk przed samotnością wśród tłumu, a zwłaszcza wśród swojej grupy. I kiedy ten lęk zaczął przeradzać się w rzeczywistość. Pan po raz kolejny okazał mi swoją nieograniczoną dobroć i opiekę, bowiem postawił na mej drodze zaprzyjaźnionego księdza, którego notabene miało tam nie być i ów ksiądz nie pozwolił już ani mnie, ani dwom opiekującym się ze mną koleżankom na uczucie osamotnienia. To „przypadkowe” spotkanie napełniło nas wszystkich niesamowitą radością i wdzięcznością kierowaną do Pana.

Tak sobie myślę…. Człowiek jest jak maleńkie ziarnko piasku pośród mnóstwa innych ziaren, lecz Bóg Ojciec troskliwie opiekuje się nim tak jakby inne nie istniały. Bo w istocie nie ma dwóch identycznych pod każdym względem osób i nie ma boga, który byłby równy naszemu Bogu. Dlatego niejako podświadome poczucie naszej indywidualności i odczucie indywidualnej opieki Boga nad każdym z nas prowadzi do wspólnoty dzieci Bożych, którymi wszyscy jesteśmy. Z pewnością nie jest to zbyt odkrywcze stwierdzenie, ale dzielę się tym co w Monachium mogłam przeżyć i zaobserwować, a także w jaki sposób odczuwałam cud Bożej Obecności. I choć nie przeżyłam spotkania ze wspólnotą z Taize tak jak bym tego chciała, to jednak wiem, iż to spotkanie było ważnym i owocnym wydarzeniem w moim życiu. W związku z tym moje serce przepełnia radość i wdzięczność wobec Boga i ludzi, przez których działał, aby to wydarzenie mogło zaistnieć i abym mogła przeżyć to – co przeżyłam, zobaczyć i usłyszeć to – co zobaczyłam i usłyszałam, zrozumieć to – co zrozumiałam.

Adresy ośrodków

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci