Pobierz całą gazetkę tutaj

Dni moje są podobne do wydłużonego cierna, a ja usycham jak trawa (Ps102), czyli słów kilkoro o cierpieniu

Dni moje są podobne do wydłużonego cierna, a ja usycham jak trawa (Ps102), czyli słów kilkoro o cierpieniu

Definicje od zawsze ułatwiały mi wprowadzenie w dany temat, nie odbiegając od tej schematycznej normy rozpocznę od pewnego cytatu: -Gdybym był Bogiem, gdybym miał takie możliwości jak On, umknąłbym cierpienia. -Nikt nie może uniknąć cierpienia. Ani Bóg, ani ty, Ani twoi rodzice, ani ja.

-No dobrze. Ale dlaczego cierpimy?

-Właśnie.   Jest   cierpienie   i   cierpienie.    Popatrz   uważnie   na   Jego   twarz.

Przyjrzyj Mu się. Widać po Nim, że cierpi?

-Nie. To ciekawe. W ogóle po Nim nie widać.

-Bo są dwa rodzaje bólu,   Oskarku.   Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe.

Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera.

-Nie rozumiem

•Jeśli wbijają ci gwoździe w nadgarstki i stopy, nie masz innego wyjścia, musisz odczuwać ból. Znosisz go. Natomiast myśl o śmierci nie musi powodować bólu. (...) wszystko zależy od ciebie....                                                               

Myślę, że każdy człowiek mógłby na ten temat powiedzieć naprawdę wiele

i to nie dzięki tłustym drukowanym literom i. mądrych książek.

Cierpienie wpisane jest w karty

naszego życia od baaard2O dawna. Podobno

starsze     jest      tylko      pytanie:      dlaczego?

No właśnie... dlaczego w ogóle cierpisz? Jesteś przecież stworzeniem Boga. Tego, który jest Panem wszystkiego, To On Cię chroni,

broni, tuli i kocha nawet wtedy, gdy my odwracamy   się   od   Jego   Miłości...,

Miłości,    w   którą   wplecione   jest cierpienie. Bóg nie chce Cię karać

czy próbować, pragnie tylko, by owa miłość była większa. Zaprasza Cię do uczestnictwa   w   Dobrej   Nowinie,

dzieląc się z Tobą swym cierpieniem

z całego życia: od zimna w betlejemskim żłóbku, aż po śmierć na krzyżu.

Cierpienie    może    mieć    wymiar pozytywny. Pan Bóg w Ciebie inwestuje, właśnie   wtedy,   kiedy   znajdujesz   na drodze małe ziarenka cierpienia jesteś

Mu najbliższy.  Czas bólu  i cierpienia

kształtuje w Tobie szczególną wrażliwość na wartość nadziei'

która jest darem samego Jezusa. Te codzienne cierpienia, które w świetle rozumu są niejako niewytłumaczalne pozwalają Ci doświadczyć nowego życia i pięknej łaski zmartwychwstania. Dlatego warto się im poddać, pogodzić z nimi, a nawet uczynić je cząstką swego życia. Pomoże ci w tym wiara, że wszystko podlega pewnej istotnej przemianie: przejściu od osobistej do większej miłości. Tylko musisz zaufać Temu, Który Cię zna i wie, co jest dla Ciebie najlepsze. Ufać jak dziecko, które wszystko powierza tym, który je miłują, wtedy, gdy brak sił i odwagi.

Jeśli jednak wolisz tłusty, drukowany i mądry druk, polecam lekturze

Ps 25,16-18.

 

 

Studia i świadectwo możliwe???

Studia i świadectwo możliwe???

Mija już trzeci rok mojego studiowania, który niebawem skończy się obroną licencjatu, ale jeszcze trzy lata zaoczne przede mną (mam nadzieję). Chciałabym więc podzielić się z Wami nie tym, co zamierzam robić po studiach, ale tym, co zrobić, żeby czasu studiowania duchowo nie przespać, gdyż niestety często się zdarza, że animatorzy na studiach rezygnują z poznanych wartości, nie pracują

nad własnym wnętrzem i zamiast stawać się prawdziwymi świadkami zaczynają (niklować oazę, jak przygodę swojej młodości i beztroski tłumacząc, że życie daje w kość i codzienności trzeba się po prostu poddać... Uważam, że można jednak walczyć o własną godność w trudnym, studenckim świecie.                                ? ^

Po pierwsze, szukaj Pana Boga w tym, co robisz! Często trzeba dokonywać

wyborów między dobrem a złem, trzeba zareagować, gdy ktoś potępia Kościół, opowiada się za aborcją czy eutanazją,   chwali   się  dokonaniami seksualnymi czy brakiem czystości przedmałżeńskiej. Nie jest to proste, gdyż ludzie, którzy tak postępują nie lubią być kryty-kowani i z łatwością

odrzucają tego, kto ingeruje w ich

poglądy   i   burzy   pozorny   spokój, przypinając  mu  odpowiednią łatkę świętoszka. Nie można się jednak

poddawać. Jak mówiła św. Teresa: Ja i Pan Bóg stanowimy większość!. Trzeba mieć przed oczyma duszy Osobę Ducha Świętego, który dodaje odwagi i nie pozwala milczeć. Głosząc Boże prawdy uzyskujemy też prawdziwe szczęście, gdyż żyjemy w zgodzie sami ze sobą, a po kilku nieudanych próbach dogadania się ze znajomymi z uczelni, zyskujemy w końcu szacunek za to, że umiemy być twardzi. Podobnie jest w relacjach międzyludzkich. Czy warto ulegać złu tylko po to, by przypodobać się innej osobie? Czy warto rezygnować z własnej godności, wpaść w bagno grzechu, by nie stracić pseudo-przyjaciela czy sympatii?

Po drugie, znajdź wspólnotę! Bardzo ważne jest, by na studiach znaleźć grupę ludzi, którzy myślą podobnie, wyznają podobne wartości, którzy wspierają,

gdy jest ciężko, modlą się z nami, rozumieją. Nie oznacza to jednak,  żeby odrzucić tych,  którzy wojują z godnym

życiem.   Właśnie  poprzez  umocnienie  się  atmosferą

panującą   we    wspólnocie,    każdy    z   nas    ma

odpowiednio   dużo   zapału,   by   nie   ustawać w świadectwie. Spotkania we wspólnocie ludzi

wierzących  ustrzegają  człowieka  przed   tym,

by nie zrezygnował z wartości, które poznał w czasach oazowych.  Trzeba  więc  szukać

wspólnoty i to zarówno na studiach w innym mieście, jak i na studiach tu w Ra-domiu. Niestety, często się zdarza, że animator -student przywiązuje się tak do grupy w parafii, że nie chce mu się wyjść poza nią i szukać ludzi o podobnych problemach, dylematach. W rezultacie powstają w parafiach kółka wzajemnej adoracji, które są zamknięte na jakiekolwiek uwagi i nie pozwalają nikomu myśleć poza ustalonymi schematami, bojąc się, że owe kółka runą i sielanka się skończy. Dlatego każdy z nas, animatorów na studiach, powinien odnaleźć się we wspólnocie studentów, na przykład w Duszpasterstwie Akademickim, aby nabrać świeżości, nowego spojrzenia na pewne sprawy i działać naprawdę dla dobra Ruchu, a nie dla swojej własnej przyjemności.

Po trzecie, módl się to znaczy; znajdź czas dla Boga! Tylko wtedy można działać owocnie i w tym działaniu nie słabnąć. Spotkanie z Bogiem przepełnia człowieka dobrem, daje nadzieję, pozwala patrzeć poza rzeczy materialne i po prostu uświęca człowieka. Zadaniem animatora jest przecież ożywiać, to znaczy uświęcać wszystkich wokół. On sam musi jednak zacząć od siebie. Nie żałuj więc czasu na spotkanie z Bogiem, na szukanie nowych dróg, nie zastawiaj się pracą, nauką, które często są tylko wymówką, nie marnuj czasu! Dzięki modlitwie znajdziesz wewnętrzną siłę, która nie pozwala milczeć w obliczu grzechu, która motywuje do działania. A gdy poczujesz, że ciężko jest świadczyć na studiach i będziesz miał wrażenie, że ciemność grzechu i beznadziei jest wszechobecna, przypomnij sobie słowa z wiersza Jana Pawła II: W mroku jest tyle światła, ile życia w otwartej róży; ile Boga zstępującego na brzegi duszy....

Z Bogiem.

 

 

Miłość troska o czyjeś dobro!

Miłość troska o czyjeś dobro!

Tak łatwo jest kogoś kochać tylko kochanym być trudniej. Coraz więcej młodych ludzi nie zważa na piękno miłości, nie zachowuje czystości przed ślubem. Nie dostrzegają tego, co jest wewnątrz drugiej osoby, lecz kierują się ku temu, co zewnętrzne.

Uczenie się miłości to kwestia życia lub śmierci. Z miłością jest jak z wodą, gdy raz jej zaczerpniesz tym chcesz jej więcej - nie możesz bez niej dobrze i właściwie funkcjonować. Zastanawiacie się dlaczego w literaturze tyle się pisze

o miłości? Ona jest lekiem na całe zło! Wpływa pozytywnie na ludzi, na świat wokół otaczający ich. Daje siłę do przezwyciężania słabości. Gdy bliscy patrzą na nas z miłością, gdy troszczą się o nasz los, wtedy cieszymy się z tego powodu.  Kto  był chociaż raz

w życiu zakochany, ten wie jak to jest. Dzięki kochanej osobie jesteśmy gotowi do wielkich poświęceń mimo wszelkich trudności. Zupełnie jest inaczej, gdy bliscy nie okazują nam czułości, zaczynamy być smutni, gaśnie w nas radość i nadzieja -czujemy się wprost niepotrzebni.

Miłość nadaje szczęściu - jak i życiu - pełnię. Jest czymś więcej niż uczuciem. Miłość to troska o czyjeś dobro. Gdy kogoś kochasz, to chcesz dla tej osoby jak najlepiej, Kiedyś wyczytałem pewną sentencję, która utkwiła mi głęboko w pamięci, która odzwierciedla ten stan. Kogoś kochać to być w taki sposób obecnym w jego życiu aby mógł stać się najpiękniejszą wersją samego siebie..                                               

Miłość jest najlepszym lekarstwem na wszystkie ludzkie lęki i zranienia!                    

     

Morze flag... wspomnienia z Rzymu

Morze flag... wspomnienia z Rzymu

Dziś, gdy powoli osychają nam łzy i dotarł do nas fakt o śmierci Papieża Jana Pawła II, wspomnienia pięknych chwil spędzonych z Nim podczas Jego Odwiedzin w Ojczyźnie, czy też w innych miejscach świata nabierają szczególnej wagi. Próbuję sobie przywołać moje odczucia i myśli towarzyszące tym chwilom.... Mimo wszystko jest we mnie dużo goryczy i smutku, że tak, mało było tych spotkań. Dlatego też nigdy

nie zapomnę chwili., gdy pojechałam do Rzymu...  Morze flag...

wspomnienia z Rzymu...

Śmierć Jana Pawła II zatrzymała świat.... Jeszcze nigdy śmierć jednego człowieka nie wywołała tyle w ludziach. Był to  czas  ogromnego  smutku,  ale  i  szczególnej łaski, Przebudziła się w nas drzemiąca dobroć, życzliwość i miłość.

Wielu z nas było zaskoczonych postawą swych znajomych,

jak i swoją własną reakcją.

Ja wtedy czułam ogromny ból.... Do tej pory pamiętam obraz tamtych dniw Krakowie, obraz siebie i swych myśli. Stałam pod kurią krakowską i wyrzucałam sobie jak mało z mej strony

było spotkań z Ojcem Świętym, że będąc kilka razy we Włoszech nigdy nie pojechałam do Rzymu, bo odkładałam to na później, na rok następny, bo lepiej i wygodniej było wygrzewać się na plaży.,.. Miałam żal do siebie.... Z drugiej strony cały czas nie mogłam w to uwierzyć, ta wiadomość nie docierała do mnie. To niemożliwe -myślałam sobie. Stałam, modliłam się, z nadzieją, że powiedzą, że On żyje,... Mijały

godziny. Zapłakana postanowiłam, że pojadę do Rzymu. Pomyślałam sobie, że już nigdy Go nie zobaczę, że to ostatnia szansa na spotkanie w Jego Domu, Wiecznym Mieście, do którego zawsze było mi nie po drodze..,. Niesamowite, gdy następnego dnia rozdzwoniły się telefony z propozycjami transportu. Tak jakby ktoś czytał

w moich myślach. Szybko razem z siostrą znalazłam się w Radomiu, a potem w drodze do Niego. Jechałam razem z moim

młodszym     rodzeństwem.     Ich     obecność też   miała   znaczenie.   Ta   śmierć   jeszcze bardziej nas zbliżyła do siebie....

Podróż    nie    przebiegła    sprawnie. Ciągle coś się działo, denerwowałam się,

bo bardzo chciałam być tam jak najszybciej. Mieliśmy 5 godziny opóźnienia. Jak później analizowałam wszystko, to była to taka moja Droga Krzyżowa....

Ale dojechaliśmy. Nocleg w Ostii, 25 km od Rzymu. Od razu postanowiliśmy pojechać do Watykanu, chcieliśmy być jak najbliżej. W głowach kołatały wiadomości

z Polski, o tym jak o godz. 20 mieli zamknąć wjazd do Watykanu... Także punktualnie o 19 wylądowaliśmy w kolejce. Planowaliśmy wysiąść na granicy Watykanu, gdyż myśleliśmy, że kolejne stacje będą na bank zamknięte. Tymczasem, gdy znaleźliśmy się na docelowej stacji, okazało się, że możemy jechać dalej! Serce zaczęło mocniej bić. Jakie było nasze zdumienie i radość gdy wysiedliśmy na stacji metra o nazwie: Plac Św. Piotra!!! Oczywiście popłynęły łzy radości! Nikt z nas nie wyobrażał sobie, że będzie tak blisko!!! Byliśmy w samym Watykanie!!! Oczywiście zaczęliśmy szukać sobie jakiegoś miejsca na placu, który już w niewielu miejscach był pusty. Uliczki do Placu pozamykane. Więc zostaliśmy w tym miejscu na wprost telebimu. Obok mur Watykański i Pałac Papieski i kopuła Bazyliki. Oczywiście atmosfera była niesamowita. Tysiące Polaków. Nagle chłopak z Uniwersytetu kard. Wyszyńskiego wstał i mówi, że po coś tu przyjechaliśmy -podziękować Papieżowi! Więc pośpiewajmy Mu! I się zaczęło! Kolejne miasta przedstawiały się i zaczynały śpiewać. Potem ktoś krzyczy: odmówmy dziesiątkę!!! A następny: gdzie dziesiątką, cały!!! Tajemnice Światła!!! Przecież to dla nas On je zostawił!!! Łzy cisnęły się ponownie do oczu....

I tak prawie całą noc. Nad ranem przyszli górale i oni zaczęli modlitwę i śpiewy. Spałyśmy na betonie w śpiworze, jeden na drugim. Niesamowite było to, że ta noc była niezwykle ciepła! To jakiś cud. Nad ranem zaczęli nas budzić Włosi i kazali wstawać, bo przybywali kolejni pielgrzymi. Doszli do nas ludzie, którzy nam przekazali wieści ze wczoraj, to znaczy w czwartek można było wejść i pożegnać Papieża w Bazylice.... I znowu nam się zrobiło smutno, że gdybyśmy wiedzieli, to byśmy przyjechali na Plac wcześniej.... Potem jeszcze rozładowała się nam bateria w aparacie. I nie wiedzieć kiedy zaczęła się Msza święta. Cisza, pełna powaga, Izy.... W trakcie Mszy świętej, gdy poszłam do Komunii świętej, okazało się, że niema już Komunii. Stanęłam i już zaczynałam płakać, czemu akurat w tym momencie musiała się skończyć. Ale za chwilę ten sam ksiądz poszedł do innego

i   otrzymał   5   Hostii.   przyjęłam   Najświętszy   Sakrament.

Nie zapomnę tego bicia serca, gorliwości modlitwy. Męczyło

mnie potem sumienie, czemu ja mam takie historie, czemu

nie    spróbowałam    przedostać    się    na    Plac,    ale

po wszystkim, kiedy już dostałam się na Piać, Bóg

podsunął mi piękną myśl: że Papież, chciał ode mnie modlitwy tej cichej, tej obok tego tłumu na Placu.

Nie obok vipów tylko wśród innych ludzi, w innym miejscu, mimo wszystko blisko Niego. Bo byłam obok Placu, 100 m mnie dzieliło...

Po pogrzebie siedziałam około 2 godziny na Placu, wpatrzona w Okno Papieskie... Nie  chciałam  stamtąd  iść...  Nie  miałam  ochoty

wracać do domu, mimo iż kocham swój kraj, kocham Kraków, Radom....Tam był inny świat, z dala od problemów, smutków dnia codziennego, chodziło się całkiem innymi drogami. Do Rzymu pojechałam między innymi po to, by się przekonać, że On naprawdę umarł, że Jego tam nie ma. Nie docierało to do mnie. A pielgrzymka wcale tego we mnie nie zabiła. Wróciłam z jeszcze głębszym przekonaniem, że On jest. Siedząc na Placu, kilka razy dziennie miałam wrażenie, że On snuje się po Placu! To było niesamowite czuć Jego obecność obok siebie! Na zawsze pozostanie to w mym sercu! I jeszcze to wewnętrzne pragnienie modlitwy, która sama płynęła przeze mnie. Wewnętrzny spokój, wyciszenie i radość! Bogu tylko dziękować za wielość takich przeżyć!

PS. A morze flag to obraz tamtych dni w Rzymie.... morze polskich flag....

Kar.

 

Nie zabijaj!

Nie zabijaj!

Rachunek sumienia... Przebiegamy myślą przez przykazania przypominając sobie, czy przeciwko nim nie zgrzeszyliśmy. Zatrzymujemy się przy drugim (trzeba bardziej uważać na słowa, by przestać nadużywać Imienia Bożego), przy czwartym (trzeba starać się o więcej szacunku dla rodziców), no... ale piąte...1? Nie, Panie

Boże, przy piątym jestem w porządku,

przecież nie jestem mordercą, nikogo nie zabiłam... Tylko czy to wystarczy, by móc powiedzieć, że jestem w porządku...?

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie warto posłuchać, co na ten temat mówi Ten, który człowieka zna najlepiej, i w Którym możemy znaleźć odpowiedź na wszystkie najbardziej istotne pytania. Styszeliście,

że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja want powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: „Bezbożniku", podlega karze piekła ognistego (Mt 5, 21-22). Ten, kto się gniewa na brata, jest winny nie mniej niż ten, kto go zabija. Czemu Jezus tak surowo ocenia coś, co nam wydaje się być drobiazgiem - bo przecież gniewać się, czy powiedzieć komuś w złości złe słowo zdarza się chyba każdemu.... Nasze przeczucia mówią być może, że to niesprawiedliwe, że zabójstwo złe słowo zostają jakby zrównane, bo przecież to dwie zupełnie różne sprawy. A jednak nasze przeczucia mogą nas mylić - to5 co nam wydaje się być błahostką, może wcale nią nie być. Jezus ma rację -jak zwykle zresztą. On doskonale widzi to, co nam czasem trudno dostrzec - że przecież nie potrzeba wcale noża, ani broni by kogoś zranić, by coś w tej osobie zabić.

Uu wśród nas ludzi, którym ktoś odebrał radość, nadzieję, wiarę w siebie lub innych? Oni żyją, a jednak ktoś tak bardzo ich skrzywdził, że można powiedzieć, że coś w nich umarło... Wystarczy czasem jedno wypowiedziane w złości słowo, by sprawić komuś ból i zabić w nim wiarę w siebie. Wystarczy złośliwy uśmiech, by odebrać komuś radość. Wystarczy obojętność, zostawienie kogoś bez pomocy

wledy, gdy on na tę pomoc liczy, by zabić w nim nadzieję, że poradzi sobie

w  problemem.  Czasem  obojętność  może  zabić zupełnie  dosłownie, ho pewnie niejedno samobójstwo było właśnie reakcją na obojętność

oloczenia, na brak miłości.

Trzeba nam pamiętać, że słowem czy obojętnością można ranić mocniej niż mieczem. Takie rany goją się też znacznie dłużej,..   Bo   czy   łatwo   jest   wskrzesić   pewność   siebie w chłopaku, który przez cały czas nauki a szkole średniej był poniżany przez kolegów? Albo czy można odbudować wiarę w ludzi u osoby, którą przyjaciele zostawili bez pomocy wtedy, gdy   najbardziej   jej   potrzebowała?   Fizyczna   rana   czy

skaleczenie prędzej czy później się zagoi, a jak długo będą się goiły rany zadane słowem?

Myślę że warto o tym pomyśleć zanim wypowiemy jedno słowo za dużo. Wato też pomyśleć o tym zanim zbyt pochopnie pomyślimy, że przy piątym nie mamy sobie nic do zarzucenia.

 

 

Dzieje się:


9.03-11.03 SA
16.03-18.03 Ewangelizacyjna OM

23.03-25.03 SA Diecezjalnego

Więcej terminów: KALENDARZ

Oazy Wakacyjne

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci