Pobierz całą gazetkę tutaj

Misjonarka Miłości

Misjonarka Miłości – Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty

Matka Teresa, czyli Agnes Gonxha Bojaxhiu (1910-1997) urodziła się w Skopje (Macedonia) w rodzinie albańskiej. W wieku 18 lat wstąpiła do loretanek gdzie przyjęła imię Teresa, po czym wyjechała do Indii.  Tam spotkała się z ogromną biedą i cierpieniem ludzi najuboższych i zarazem najbardziej potrzebujących. Od tego zaczęło się jej wielkie pragnienie, pomagania tym „najmniejszym”, potrzebującym miłości Chrystusa, którą ona mogła im dać. Po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztoru i poświęcić się potrzebującym. Założyła własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości, by mogła zrobić jak najwięcej dobrego, choć według niej była to „tylko kropla w oceanie nędzy”. Do dziś Misjonarki Miłości w wielu miejscach na świecie prowadzą sierocińce, domy dla chorych i umierających. Kontynuują one dzieło Matki Teresy, by dawać świadectwo ludzkiej chęci niesienia miłości Boga potrzebującym.

Matka Teresa poświęciła się swojemu zadaniu całkowicie, w każdym człowieku widziała Chrystusa, który cierpi i potrzebuje jej rąk po to, by ulżyć tym ludziom tu na ziemi, by przez jej pomoc i miłość zbliżyć ich do Chrystusa. Co najbardziej zaskakiwało wszystkich, a zarazem budziło wielki podziw, to fakt, że pomagała zawsze z uśmiechem na ustach, z radością i widać, że to wszystko wypływało z jej oblubieńczej miłości do Chrystusa. Była ona przykładem chrześcijanina, który służy z radością, a takich niestety spotyka się już coraz mniej, dlatego powinna ona być dla nas wzorem w tej chrześcijańskiej radości. Ona potrafiła wpłynąć swoją dobrocią na każdego, dawała cierpiącym ukojenie, umierającym spokojne i godne odejście do Domu Pana. Żyła według trzech zasad, którymi powinien się kierować każdy, nawet jeśli nie jest on na misjach w Indiach czy Afryce. Uczyła by żyć według:  radości, prawdy i miłości, która działa. Służyć możemy wszędzie, nie trzeba szukać sobie misji, wystarczy rozejrzeć się dokoła i zobaczyć ile wokół nas jest ludzi potrzebujących. Jeśli będziemy potrafili służyć z radością, to nikt nam jej nie zdoła odebrać, a wręcz będzie ona się rozrastać na osoby, którym pomożemy. Matka Teresa doskonale wiedziała jak można dawać szczęście. Wystarczyło, że była przy cierpiących, którzy potrzebują obecności drugiej osoby i już właśnie to stawało się świadectwem działania w niej Chrystusa.

Trzeba przyznać, że nie bała się niczego. Zawsze stawiała na prawdę i nie dopuszczała do tego, by brak odwagi tworzył jakiekolwiek tematy tabu, dla niej czegoś takiego nie było. Ona nie tylko swoim uśmiechem i dobrocią głosiła Chrystusa, potrafiła też głośno powiedzieć o tym, jak bardzo ludzie grzeszą, wywołując wielkie tragedie i cierpienia innych. Nie bała się mówić o aborcji, broniła całą sobą te niewinne i bezbronne istoty. Nawoływała by żyć prawdą i to pokazywać, czyli nie bać się głośno powiedzieć światu NIE!  A to wszystko najbardziej było uwidocznione w miłości, która ma działać. Słowa są ważne, radość chrześcijańska też, ale są one puste, jeśli nie będą poparte uczynkami miłości.

Matka Teresa czuła w sobie tą ogromną miłość Chrystusa jaka płynie z Jego ofiary za nas. Było w niej tej miłości tak dużo, że ona musiała promieniować na innych. Widać było to w jej pomocy np. trędowatym – ona w ranach cierpiącego człowieka widziała rany Chrystusa, które mogła opatrywać i nigdy nie widziała w tym nic okropnego, dla niej to była radość, że może dać takiemu człowiekowi choć cząstkę chrystusowej miłości. Nie wyobrażała sobie życia, w którym nie działałaby ta miłość płynąca przez nią od Boga. Powtarzała też: „Żeby miłość była prawdziwa, musi zadawać ból…. Bo pamiętajcie, że mamy kochać biednych, aż do bólu”. To wskazówka dla nas, byśmy naśladowali Matkę Teresę z Kalkuty. Będzie to nam pomocne w dostrzeżeniu piękna jakie w nas drzemie dzięki miłości Chrystusa. Postarajmy się za jej przykładem rozlewać Jego miłość na innych. Bądźmy narzędziami w Jego rękach, które będą roznosić z radością i prawdą na ustach tę miłość.

Ogólnopolskie KAMUZO 2009

Ogólnopolskie rekolekcje KAMuzO 2009

 

       Przy okazji wszechobecnego ostatnio tematu KODA i KAMuzO postanowiłam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, moimi wspomnieniami i doświadczeniami z Ogólnopolskich rekolekcji KAMuzO, które odbyły się w dniach 17-29 sierpnia 2009 r. w Brennej Leśnicy koło Skoczowa.

 

Trafiłam tam przez ogłoszenie na stronie Ośrodka Liturgicznego Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej. Po przeczytaniu podanych informacji propozycja wydała mi się bardzo ciekawa. Jechałam tam z wielką ciekawością jak to będzie wyglądać, kim będą ludzie, którzy tam przyjadą, miałam w głowie mnóstwo pytań. Na miejscu okazało się, że byli tam ludzie z każdego krańca Polski: począwszy od Katowic, po Suwałki, Konin, Wrocław, Jelenią Górę, Tomaszów Lubelski, Warszawę, Lublin, Gdańsk, Zwoleń, Rzeszów, Piaseczno i inne miejscowości. Wszyscy bardzo uśmiechnięci, otwarci na siebie i na to, co przed nami.

 

Rekolekcje rozpoczęliśmy kolacją, potem było wprowadzenie ks. moderatora, następnie próba śpiewu przed Mszą św. i Eucharystia. Nazajutrz zajęcia ruszyły pełną parą. Przez pierwszy tydzień odbywały się one w ustalonym porządku. Od 6.30 w kaplicy była adoracja Najświętszego Sakramentu (dla potrzebujących skupienia), a o 7.30 Jutrznia, przed którą miał miejsce krótki wstęp, a teksty pochodziły z kolejnego dnia roku liturgicznego. Następnie było śniadanie a po nim krótka przerwa. O godz. 9.30 rozpoczynały się zajęcia w czterech blokach tematycznych (do wyboru): teoria muzyki – czyli podstawy muzyki dla tych wszystkich, dla których nutki są przeszkodą w śpiewaniu, zajęcia techniczne – czyli jak uporać się z wielką ilością kabelków i się w nich nie poplątać, a wszystko podłączyć tak, jak trzeba; zajęcia gitarowe dla początkujących i zaawansowanych. Następnym punktem programu były spotkania w grupach. Jeśli chodzi o grupy, to dobrane były one wiekowo. Po spotkaniach był obiad, krótka przerwa dla zmywakowego i zajęcia z chorału gregoriańskiego. Prowadził je Sławek Witkowski, który jest kantorem w parafii św. Jadwigi w Chorzowie. Sławek zna się na chorale jak mało kto, jest to jego wielka pasja, od 12 lat prowadzi też scholę gregoriańską. Oprócz kolejnych tonów i melodii gregoriańskich poznawaliśmy też dawną muzykę ludową, o której dziś już nikt nie pamięta. O godz. 15.30 była próba śpiewu na Mszę św. Podczas liturgii nie towarzyszyły nam gitary, tylko niewielka orkiestra składająca się z wiolonczeli, altówki, trojga skrzypiec oraz fletu poprzecznego. Następnie była kolacja a po niej pogodny wieczór, który ćwiczył naszą kreatywność, spostrzegawczość i pomysłowość. Następnie modlitwa wieczorna, która codziennie wyglądała inaczej, co pozwoliło wypracować sobie własny dowolny sposób modlitwy, raz była to Kompleta, raz modlitwa śpiewami z Wspólnoty Taize, raz medytacja na danym fragmentem Pisma Św. itp. W piątek, pod koniec pierwszego tygodnia, udaliśmy się do Studia w Wiśle Malince, aby nagrać tam piosenkę „Słowem jest Pan”. Była to okazja do wspaniałych doświadczeń w profesjonalnym Studio Muzycznym, w którym swoje płyty nagrywa wiele znanych zespołów i piosenkarzy. W tym dniu odwiedziliśmy również Skoczów. W sobotę nastąpiła mała zmiana, ponieważ wyjechał Sławek i Wojtek, a przyjechał Paweł Bębenek, znany kompozytor i twórca muzyki liturgicznej, pracujący przy Dominikańskim Ośrodku Liturgicznym w Krakowie. W niedzielę dojechał również pan Andrzej Róg – aktor krakowskiego Teatru STU. Zatem nasz program dnia w drugim tygodniu uległ lekkiej modyfikacji. O 9.30 przed zajęciami w blokach była rozgrzewka całego ciała oraz całego aparatu mowy. Bloki tematyczne uległy małej zmianie, tzn. została teoria muzyki i zajęcia techniczne, zajęcia dla gitarzystów były już bez podziału, doszły zajęcia z dyrygentury pod okiem Pawła Bębenka. Można było pod okiem mistrza zadyrygować naszą małą orkiestrą i chórem (który wówczas składał się z tych, którzy jako chętni uczestniczyli w zajęciach). O 14.30 był śpiew wielogłosowy i przygotowanie pieśni na Mszę św. Pod batutą Pawła uczyliśmy się kompozycji, które on sam stworzył oraz utworów jego kolegi – Piotra Pałki, również pracującego przy DOL w Krakowie. Złośliwi śmiali się, że to cały instrument: „pałka i bębenek”. Od siebie mogę dodać, że Paweł jest wspaniałym człowiekiem, bardzo często siadał z nami na ławeczkach i opowiadał o sobie, swojej pracy, a do tego zawsze radosny i uśmiechnięty. Natomiast w ramach pogodnego wieczorku odbywały się zajęcia teatralne prowadzone przez pana Andrzeja. Zajmowaliśmy się przygotowaniem etiudy aktorskiej („Krakus” C.K. Norwida i fragmenty „Tryptyku Rzymskiego” Jana Pawła II). Uwieńczeniem zdobytych wiadomości z zakresu teatru był przygotowany i przedstawiony ostatniego dnia przez wszystkich uczestników wiersz Bolesława Leśmiana „Żołnierz”.  Nową była też zabawa w Glajzę, która również wymaga pomysłu i zdolności aktorskich. Przez cały czas przewijały się również zajęcia ze szkoły liturgicznej prowadzone przez ks. Bartosza Zygmunta – moderatora Diakonii Muzycznej, od wielu lat związanego z katowickim Ośrodkiem Liturgicznym

Tematyką rekolekcji był grzech i wszystko co się z nim wiąże. Ten wątek przewijał się na spotkaniach, kazaniach i wszelkich konferencjach. Oprócz tego poznawaliśmy tzw. uczucia niekochane (np. agresję, zazdrość, zakochanie – to chciane i niechciane oraz inne). W rekolekcjach KAMuzO można wziąć udział nawet kilka razy, ponieważ co roku jest inna tematyka, a gama zajęć jest tak duża, że trzeba kilku lat, żeby wziąć udział we wszystkich. Jest to wspaniała propozycja dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę animatorską jak i dla „starych” i doświadczonych już animatorów muzycznych. Poza tym prowadzący kochają to, co robią, stanowi to dla nich ogromną pasję i wspaniale potrafią dzielić się z innymi swoją wiedzą i umiejętnościami. Dodatkowo KAMuzO było okazją do podpatrzenia innych zwyczajów i tradycji w innych diecezjach. Np. nowością dla mnie było to, że na Śląsku nie obchodzi się imienin, tylko urodziny. Nie ma też takiego zwyczaju jak u nas, że dziewczyny chodzą w spódnicach, jednak to dla mnie było nienaturalne, więc raczej chodziłam w spódniczce. Okolica jest przepiękna, pełna zieleni i innych wspaniałych widoków, co widać na filmiku i zdjęciach.

Dla mnie było to nowe, niezwykłe doświadczenie. Chętnie też będę się tym wszystkim dzielić w mojej przyszłej pracy animatorskiej w Diakonii Muzycznej. Zobaczymy jak Pan Bóg to wszystko zaplanował i w którą stronę pokieruje.  

 

Zachęcam też do przeczytania dokładnej relacji z KAMuzO: http://www.osrodekliturgiczny.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=231:prosto-z-kamuzo-2009&catid=46:inne&Itemid=130

Tutaj natomiast znajduje się filmik z rekolekcji, a w tle leci piosenka, którą nagraliśmy w studio nagrań w Wiśle Malince: http://www.youtube.com/watch?v=Og6OChe41Mk J

Święty Maksymilian Maria Kolbe

Św. Maksymilian Maria Kolbe

 

Ufność, szczególnie ufność w Bożą moc i matczyną opiekę Maryi jest cnotą, którą wyróżniają się wszyscy święci katoliccy. Postać, którą postaram się przybliżyć cechuje bezgraniczna, a nawet powiedziałbym „szalona” ufność w Najwyższego. Postać, każdemu Polakowi, szczególnie młodemu, bardzo bliska – św. Maksymilian Maria Kolbe.

 

Przyszedł na świat 8.01.1894 r. w Zduńskiej Woli jako syn Marianny z Dąbrowskich i Juliusza. Był drugim z kolei dzieckiem Kolbów. Na chrzcie w dniu 18.01 otrzymał imię Rajmund. Jak sam relacjonował w 1906 r. w kościele św. Mateusza w Pabianicach, gdzie wówczas mieszkał wraz z rodziną, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna z białą i czerwoną koroną w dłoniach. Zapytała, którą chce: czerwoną – oznaczającą męczeństwo czy białą – symbol czystości. Mały Rajmund zabrał obydwie. Niedługo po tym wstąpił do zakonu franciszkanów we Lwowie. Tam rozpoczął nowicjat przyjmując imię Maksymilian, a w dniu ślubów wieczystych 1.12.1914 r. otrzymał zakonne imię Maria. W życiu młodego zakonnika rozpoczął się etap studiów. Najpierw w Krakowie, następnie w Rzymie gdzie w 1915 r. uzyskał doktoraty z filozofii i teologii. 28.04.1918 r. przyjął święcenia prezbiteratu.

 

Etap studiów staje się początkiem „szalonych” jak na ówczesne czasy inicjatyw, które podejmuje o. Kolbe chcąc rozsławić kult maryjny na cały świat. Już w Rzymie zakłada Rycerstwo Niepokalanej – stowarzyszenie osób świeckich zajmujących się apostolstwem pod znakiem Matki Bożej. Powstaje wydawnictwo i miesięcznik „Rycerz Niepokalanej”, a później „Mały Dziennik”. Oba pisma oprócz tematów religijnych podejmują również zagadnienia polityczne, kulturowe i społeczne. O. Maksymilian w 1927 r. zakłada klasztor w Niepokalanowie. Nieobca mu była także działalność misyjna, którą prowadził w Japonii. Tam założył tzw. drugi Niepokalanów i japoński odpowiednik „Rycerza Niepokalanej”. Podobne ośrodki powstały również w Chinach i Indiach. Po powrocie do Polski stanął na czele Niepokalanowa, który stał się największym klasztorem katolickim na świecie. Ile jeszcze asów w rękawach habitu miał o. Maksymilian – on sam wiedział najlepiej.

 

Wraz z rozpoczęciem II wojny światowej musiał się domyślać, że czerwona korona męczeństwa jest już blisko. W aktywne życie charyzmatycznego franciszkanina weszły okupacyjne władze, które dążyły do likwidacji osławionego klasztoru i jego przełożonego. Był krótko więziony w 1939 r., a następnie w 1941 r. o. Kolbe trafił najpierw na Pawiak, a następnie został wysłany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Otrzymał numer 16670. Czerwoną koronę męczeństwa włożył na skronie 14.08.1941 r. w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Po 2 tygodniach głodówki w bloku śmierci nr 13, miejscu rozpaczy i przekleństw, a pod przewodnictwem o. Maksymiliana – przybytku Bożej chwały, hitlerowscy kaci dobili świętego zastrzykiem fenolu. Do bloku śmierci o. Kolbe trafił po własnej prośbie w zamian za Franciszka Gajownika. 17.10.1971 r. papież Paweł VI beatyfikował o. Maksymiliana Marię Kolbego, a 10.10.1982 papież Jan Paweł II dokonał jego kanonizacji.

 

Św. Maksymilian Maria Kolbe, jako uosobienie ufności i zawierzenia Miłosierdziu Bożemu i Maryi Matce Kościoła, staje się wzorem dla każdego z nas w trudzie ciągłej ewangelizacji i w czynieniu uczniów ze wszystkich narodów. Zdobądźmy się na „szaleństwo” i pełni ufności pamiętajmy, że należy wziąć udział „(…) w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Jezusa Chrystusa!” (2 Tm 2, 3).

Refleksja Wielkopostna

Refleksja wielkopostna

 

Panie, czy musiałeś naprawdę

Tak cierpieć za nas malutkich

Skoro garstką prochu jesteśmy?

Ja wiem, mówisz prawdę,

Bo jesteś Prawdą. W słowach krótkich

I dosadnych mówiłeś, abyśmy

Kochali i robili, co chcemy,

bo miłość podstawą jest wszystkiego.

I uczyłeś nas jak przyjaźń wygląda.

I oddać życie teraz umiemy

Za każdego możliwego człowieka – bliźniego

I wiemy, że miłość wyrzeczeń żąda.

Ty sam, za proch oddałeś nieskończoność Swoją,

Zamknąłeś nieogarnioność w Ciele,

Wieczność w czasie,

By na życie zmienić śmierć moją.

Skatowali Cię mocno, wycierpiałeś zbyt wiele,

I wcale nie oszczędzałeś się...

Bo kochałeś Miłością prawdziwą,

szaleńczą iście Miłością Agape...

Ale jak ludzie o tym pamiętają?

Bo nie jest dla nich rzeczą dziwną,

Że na Krzyż Twój podnoszą łapę,

I za Wyznanie po plecach łają!

Popatrz, co oni robią z Ciebie,

Ja widzę, jak każdy na Ciebie pluje.

Lecz nawet ja, choć chcę być w niebie,

nie mówię Ci prostego „Dziękuję”!

 

Czy był sens cierpieć tak wiele,

by o ludziach nie móc powiedzieć nawet „przyjaciele”???

 

Był...

 

Bezwarunkowo nas kochasz, to wystarczy,

by ciężarem krzyża się obarczyć...

 

 

22 II 2010 r.

Podjąć Ryzyko Ufności

Podjąć  „ryzyko" ufności

 

„Jezu, ufam Tobie!" - powtarzam te słowa codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Tkwią one tak bardzo we mnie, że gdy czegoś się bardzo wystraszę, to jedyne co potrafię w tej sytuacji zrobić, to zakrzyknąć: „Jezu, ufam Tobie!" - często nawet nie zastanawiając się zbytnio nad tym. Ale tak naprawdę to te słowa spod obrazu Jezusa Miłosiernego powinny być wypowiadane z wielką świadomością, gdyż, jak przypuszczam, Jezusowi bardziej niż na słowach zależy na nastawieniu serca, zależy na konkretnych decyzjach życiowych, które kryją się za tymi słowami. Jezus bardzo chciał, aby taki właśnie akt znalazł się pod Jego obrazem, ale nie dlatego abyśmy mieli dodatkową „modlitewkę" do odmawiania, ale dlatego, iż pragnie naszej ufności. Często wyrażał to pragnienie zwracając się do św. s. Faustyny: „Pragnę zaufania od swych stworzeń, zachęcaj dusze do wielkiej ufności w niezgłębione miłosierdzie moje” (Dz. 1059).

 

Co więc oznacza ufność? Gdy ufam człowiekowi, to znaczy, że nie boję się go; nie boję się, że mnie oszuka albo skrzywdzi; wiem, że mogę liczyć na jego pomoc; czuję się wobec tej osoby swobodny, bo mnie nie wykpi, ani nie potępi, ani nie osądzi wobec innych, nie zdradzi mojej tajemnicy. Każdy ma blisko siebie jedną czy kilka osób, którym ufa, ale człowiekowi nie można do końca zaufać, bo jest słaby i może zawieść.

 

Inaczej jest w przypadku Jezusa, który jest Bogiem i nigdy nie zawodzi. Można Jemu w pełni zaufać, gdyż kocha każdego z nas bezwarunkowo. Chce dla nas dobra i jest wszechmogący, a przede wszystkim miłosierny.

 

Chcę  zaufać Jezusowi, ale co to oznacza Jemu zaufać? Ksiądz Michał Sopoćko definiuje ufność jako spodziewanie się obiecanej pomocy. Czyli w trudnościach mam liczyć na pomoc Boga. Do Niego, jak dziecko do matki, biec. Zaufać to nie mieć wątpliwości, wierzyć, że Jezus spełni obietnice zawarte w Słowie Bożym i to nie tylko względem innych, ale także względem mnie.

 

Ufać  Jezusowi to także nie bać się Go. Nie chodzi tu o zrezygnowanie z bojaźni Bożej, szacunku dla świętości i majestatu Boga. Ale jest w nas nieraz taki lęk, gdy popełnimy grzech, gdy nie możemy poradzić sobie ze swoją słabością, to mamy takie tendencje, jak Adam w raju, by schować się przed Bogiem. Wstydzimy się, boimy się odrzucenia, potępienia. A właśnie Bóg pomimo tego, że nie zgadza się na nasz grzech, że brzydzi się złem, to jednak bardzo chce, abyśmy tacy „umorusani" właśnie do Niego bez lęku, z ufnością biegli. To jest właśnie ufność. Wiem, że On jest miłosierny i mnie nie odtrąci. Dlatego staję przed Nim taka/i jaka/i jestem. Jezusowi na tym bardzo zależy.

 

Spróbuj stanąć przed Bogiem i zdecydowanie, z pełną świadomością, bez żadnych „ale" i możliwości wycofania się powiedzieć: - „Ojcze, oddaję siebie i całe swoje życie w Twoje dłonie. Zgadzam się na to, abyś robił w moim życiu to, co się Tobie podoba, bez względu na to, czy będzie to dla mnie łatwe czy trudne. Na wszystko się zgadzam. Chcę tego, czego Ty chcesz, chcę dlatego, że Ty chcesz, chcę tak, jak Ty chcesz, chcę, dopóki Ty chcesz” (Klemens XI).

 

Właśnie to jest ufność, która przynosi wolność, radość i szczęście. Przykładem takiej ufności jest Abraham, który był gotowy na złożenie ofiary ze swojego ukochanego syna Izaaka, wierząc, że Bóg wie lepiej. Tak samo i Hiob, który stracił całą swoją rodzinę, cały swój majątek i był wyniszczony przez chorobę, jednak powierzał  się w ręce Boga i wołał: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam” (Hi 13,15).

Dzieje się:


9.03-11.03 SA
16.03-18.03 Ewangelizacyjna OM

23.03-25.03 SA Diecezjalnego

Więcej terminów: KALENDARZ

Oazy Wakacyjne

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci