Pobierz całą gazetkę tutaj

O aborcji w prawie polskim

O ile w kolejnych, „postępowych” krajach Zachodniej Europy, aborcja staje się czymś zupełnie normalnym, to u nas – na szczęście – wciąż jest tematem kontrowersyjnym i budzącym emocje. I słusznie, bo stawką sporu, o czym często się nie mówi, jest jedna z wartości najwyższych – życie ludzkie. W sporze o aborcję padają różne argumenty i zderzane są ze sobą różne wartości. Niniejszy tekst, w zamierzeniu autora, ma być próbą przedstawienia, a także oceny aktualnie obowiązujących regulacji w prawie polskim.

Kwestię aborcji w naszym prawie regulują dwa akty prawne – ustawa z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży oraz trzy artykuły kodeksu karnego – 152, 153 i 154.

Ustawa o planowaniu rodziny, wyrażając w preambule (wstępie) tezę, iż „życie jest fundamentalnym dobrem człowieka”, wprowadza generalny zakaz aborcji. Od zakazu tego można odstąpić tylko w trzech przypadkach, przewidzianych w art. 4a ustawy:

– duże prawdopodobieństwo ciężkiego upośledzenia płodu lub nieuleczalnej choroby (tzw. aborcja eugeniczna);

– ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego;

– ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia matki.

Do 1997 r. istniała jeszcze czwarta, bardzo szeroka i ogólna przesłanka dopuszczalności aborcji – „ciężkie warunki życiowe lub sytuacja osobista” (na szczęście została ona uznana za niezgodną z konstytucją przez Trybunał Konstytucyjny).

Postaram się teraz w skrócie omówić i ocenić każdą z tych regulacji:

aborcja eugeniczna – może być dokonana po uprzednim przebadaniu kobiety i stwierdzeniu nieuleczalnej choroby dziecka (może nią być np. Zespół Downa czy inna choroba psychiczna) przez innego lekarza niż ten, który będzie dokonywał aborcji. Jest ona dopuszczalna do chwili osiągnięcia przez dziecko takiego poziomu rozwoju, że będzie ono w stanie przeżyć poza organizmem matki samodzielnie. W moim przekonaniu jest to najbardziej szkodliwy z polskich przepisów „aborcyjnych”. Jest zaprzeczeniem zasady, że rodzice każde dziecko powinni traktować jako dar od Boga i przyjąć z miłością; wprowadza natomiast regułę, że jeśli moje dziecko ma być chore, brzydkie (oczywiście w uproszczeniu) czy kalekie, to mogę je zabić. Zwolennicy aborcji podają argument, że urodzone w tych warunkach dziecko jest skazane na cierpienie przez całe życie. Być może. Jednak nikomu nie daje to prawa do pozbawiania go życia. Warto także wspomnieć, że liczne świadectwa rodzin wychowujących chore dzieci potwierdzają, że z jednej strony jest to najtrudniejsza sytuacja, jaka spotkała je w życiu, ale z drugiej – że nic tak nie uczy prawdziwej miłości i zrozumienia sensu cierpienia.

aborcja w następstwie czynu zabronionego – chodzi tu przede wszystkim o zgwałcenie. Aborcja taka może być dokonana do 12. tygodnia życia dziecka, a fakt popełnienia czynu zabronionego musi być poświadczony przez prokuratora lub stwierdzony wyrokiem sądowym. Ta regulacja również jest szkodliwa. Jest ona motywowana tym, że ofiara gwałtu chce jak najszybciej o nim zapomnieć, a dziecko będzie jej cały czas przypominać o tym tragicznym wydarzeniu. Oczywiście ciężko jest mi sobie nawet wyobrazić taką sytuację, ale pojawiają się w mojej głowie pytania – czy zabicie swojego dziecka pozwoli zapomnieć o własnym cierpieniu? Czy pozbawienie życia da siłę do zmierzenia się z własną traumą? Czy przypadkiem do ogromnego już ciężaru nie dołączy się kolejnego, tym razem nie do udźwignięcia? W literaturze psychologicznej dokładnie opisany jest tzw. PAS – Post-Abortion Syndrom (syndrom po-aborcyjny). Nie jestem kompetentny, żeby to opisywać, ale z psychologicznego punktu widzenia fakt takiego dodatkowego ciężaru, dla kobiety rujnującego i powodującego wieloletnie rozterki i wyrzuty sumienia, jest oczywisty. Uważam, że fakt wyrządzenia człowiekowi dramatycznej krzywdy, nie upoważnia go do czynienia największej krzywdy – pozbawienia życia bezbronnej istocie.

aborcja z powodu zagrożenia dla życia lub zdrowia matki – ta przesłanka dopuszczalności aborcji wydaje się najbardziej uzasadniona moralnie i dopuszczalna. Mimo wszystko budzi ona moje wątpliwości – przede wszystkim z powodu zbyt szerokiego ujęcia. „Zagrożeniem zdrowia” może być wszystko – choćby, jak wskazuje przykład pani Alicji (której nazwiska, zdaniem sądów polskich, w katolickich gazetach pisać nie wolno…) – potencjalne pogorszenie wzroku. Oczywiście także w tym przypadku takie zagrożenie musi zostać potwierdzone przez lekarza innego niż ten, który będzie dokonywał aborcji; jednak samo ujęcie „zagrożenia zdrowia” jest zbyt nieprecyzyjne. Warto wspomnieć, że identyczne ujęcie występuje w Hiszpanii, gdzie na jego podstawie legalnie dokonuje się ok. 110 tys. aborcji rocznie (dane za 2009 r.). Potwierdza to, jak bardzo ten zapis jest niebezpieczny – w tym momencie, żeby dopuścić powszechną dostępność aborcji nie jest potrzebna zmiana prawa – wystarczy zmiana nastawienia polityków i lekarzy…

Sama ustawa o planowaniu rodziny nie wprowadza żadnych kar za nielegalną aborcję. Czyni to natomiast kodeks karny w wyżej wymienionych przeze mnie artykułach:

– art. 152 penalizuje (wprowadza karę) aborcję za zgodą kobiety, niezgodną z przepisami ww. ustawy, a także samo nakłanianie do takiej aborcji oraz pomoc w jej przeprowadzeniu. Karą za ten czyn jest do 3 lat pozbawienia wolności. Jeśli aborcja została dokonana już w momencie, gdy dziecko byłoby w stanie przeżyć poza organizmem matki (pamiętajmy, że przy rozwoju dzisiejszej medycyny, ten limit ciągle się obniża), sprawca podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.

– art. 153 karze aborcję popełnioną bez zgody matki, do której doprowadzono przemocą, podstępem lub groźbą. Popełniający taką aborcję podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat, natomiast jeśli dziecko jest w stanie przeżyć poza organizmem matki, odpowiedzialność ulega zaostrzeniu – pozbawienie wolności od roku do lat 10.

– art. 154 wprowadza cięższą odpowiedzialność, gdy w wyniku nieudanej operacji aborcyjnej życie traci także matka. W przypadku aborcji za zgodą matki sprawcy grozi kara od roku do lat 10; natomiast w przypadkach: aborcji za zgodą, gdy dziecko mogłoby już przeżyć oraz każdej formy aborcji bez zgody, sprawca podlega karze od 2 do 12 lat więzienia.

Należy zauważyć jedną istotną cechę regulacji – karze podlega lekarz czy inna osoba dokonująca aborcji, jak też osoba nakłaniająca i pomagająca przy jej popełnieniu, natomiast nigdy nie podlega jej sama matka dziecka, także wtedy, gdy aborcja została wykonana za jej zgodą. Jest to podyktowane faktem, że ustawodawca polski uznał, że matka także jest ofiarą aborcji i sama jest w niej poszkodowana, zatem okrutne byłoby karać ją dodatkową traumą w postaci więzienia. Biorąc pod uwagę, że kobieta decyzję o aborcji często podejmuje w ciężkiej sytuacji życiowej (np. po zgwałceniu albo otrzymaniu wiadomości, że dziecko od urodzenia będzie głęboko upośledzone), można założyć, że nie jest to decyzja podjęta w pełni świadomie, dlatego – mimo pewnych wątpliwości – zgadzam się z rozstrzygnięciem o niekaralności matki.

Jak widzimy nasze prawo, mimo że i tak jest uznawane za chroniące życie, nie jest doskonałe. W moim przekonaniu należałoby z ustawy zupełnie usunąć przesłanki choroby dziecka, przestępstwa oraz zagrożenia zdrowia matki; a przesłankę zagrożenia życia matki doprecyzować. Dopóki tak się nie stanie, ciągle będą – w majestacie prawa (!) – ginąć niewinne dzieci poczęte.

Czy można coś z tym zrobić? Z punktu widzenia zwykłego obywatela prawo polskie nie jest łatwe do zmiany. Pod projektem ustawy zmieniającej należy w ciągu 3 miesięcy zebrać sto tysięcy podpisów. Oczywiście nie gwarantuje to jeszcze, że prawo zostanie zmienione, a tylko że trafi pod obrady Sejmu. Reszta zależy od wybranych przez nas posłów. Mimo wszystko, jeśli jest możliwość, należy próbować. Aktualnie ma miejsce taka akcja zbierania podpisów. Do czasu wydania tego numeru Czeka Nas Droga zebrano ich już ponad 480 000. Informacje na stronie www.stopaborcji.pl.

 

Wszelkie zaprezentowane oceny przepisów prawa są odzwierciedleniem prywatnych poglądów autora.

 

a. Michał Szałas

Rozmawiaj, jeśli kochasz!

Nie wystarczy kochać -

trzeba umieć komunikować miłość!

 

            Bóg stał się człowiekiem po to, by upewniać nas o swej miłości za pomocą słów, gestów i czynów. Nie ma miłości bez słów, tak jak nie ma miłości bez czynów. Kto nie komunikuje miłości, ten nikogo nie upewni o tym, że kocha. Już w fazie rozwoju prenatalnego dziecko w łonie matki odbiera bodźce i komunikuje. Przed porodem przygotowuje się do komunikowania: ćwiczy mięśnie twarzy, porusza żuchwą i językiem, ssie paluszki. Nasłuchuje tego, co dzieje się we wnętrzu mamy i na zewnątrz. Po porodzie szuka kontaktu. Gdy nie śpi, boi się samotności i ciszy. Dla niemowlęcia nośnikiem miłości jest wszystko: mleko matki, jej czułość, dotyk, słowo, śpiew, przytulanie, noszenie w ramionach. To znaki błogosławieństwa, gdyż błogosławić to potwierdzać miłość.

            W kolejnych fazach rozwoju dziecko staje się coraz bardziej wrażliwe na miłość komunikowaną werbalnie. Każde czułe słowo ze strony rodziców chroni dziecko przed samotnością, poczuciem zagrożenia i lękiem. Małe dziecko nieustannie wsłuchuje się w słowa rodziców oraz w ton ich głosu. Gdy czuje się kochane i bezpieczne, wtedy zadaje tysiące pytań. Także to najważniejsze: „Mamo, tato, czy kochacie mnie?!” Słowa miłości – mądre, spokojne, czułe – jakie rodzice kierują do dziecka, są dla niego najważniejszym pokarmem. Rodzice nie powinni ograniczać się do tego, by dziecku coś tłumaczyć, nakazywać czy zakazywać. Powinni wykorzystywać każdą okazję do tego, by potwierdzać miłość i wsłuchiwać się w to, co chce im komunikować dziecko. Z tymi, którzy kochają, dziecko pragnie dzielić się dosłownie wszystkim: swoimi myślami, pytaniami, przeżyciami, odkryciami. Kochający rodzice trafnie wczuwają się w to, co czuje ich dziecko i odzwierciedlają jego przeżycia w mimice twarzy, w gestach, w tonie głosu. Wtedy czuje się ono kochane, bezcenne i chronione.

            Ważnym sposobem komunikowania miłości jest spokój i pogoda ducha rodziców. Oni są przecież dla dziecka nieskończenie ważniejsi niż przełożony dla dorosłych. Słowa i gesty czułości koją dziecko i jego zmienne nastroje. Gdy wchodzi ono w kolejne fazy rozwoju, wtedy nie boi się tego, że czasem rodzice wracają z pracy zmęczeni czy w gorszym nastroju, jeśli tylko także wtedy potrafią komunikować miłość i potwierdzać radość, jaką przynosi im kontakt z dzieckiem. Gdy ono milczy, wtedy woła o to, by rodzice zaczęli rozmowę – z delikatnością i bez przymuszania dziecka do zwierzeń, gdy nie ma na nie ochoty. Dziecko, z którym rodzice rozmawiają językiem miłości, uczy się otwartości w kontakcie z innymi ludźmi i z samym sobą. Potrafi opowiadać o sobie i prosić o pomoc, gdy jej potrzebuje. Gdy dziecko staje się nastolatkiem albo wchodzi już w wiek dorosły, wtedy nadal potrzebuje słów miłości jak organizm potrzebuje powietrza. Rolą rodziców i przyjaciół jest szukanie takiego sposobu komunikowania miłości, który ta druga osoba najłatwiej rozumie i którym się najbardziej cieszy.

 

ks. Marek Dziewiecki

KONKURS DIAKONII MUZYCZNEJ

To już ostatnia szansa by zgarnąć nagrody od Diakonii Muzycznej w Konkursie inspirowany hasłem roku "Słuchać Pana".

Waszym zadaniem jest odnaleźć jakąkolwiek piosenkę / pieśń, której słowa oparto na Piśmie Świętym i w której wymienione są przynajmniej 2 instrumenty muzyczne. W całym Piśmie Świętym wymienionych jest ich 13, więc nie powinniście mieć problemu. Tytuł tej piosenki i namiary na jej tekst w Piśmie Świętym przysyłajcie na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , w temacie wiadomości wpiszcie KONKURS i nie zapomnijcie się podpisać.

                Ponieważ poprzednio nie dostaliśmy żadnych odpowiedzi i ponieważ to finałowe pytanie – w tym miesiącu nagradzamy 2 pierwsze osoby. Powodzenia!

Diakonia Muzyczna

Jeszcze jeden cud Jana Pawła II

Czytając słowa wielkiego duńskiego filozofa S. Kierkegaarda pesymistycznie pomyślałem, jak bardzo pasują do tego, co dzieje się w Polsce. Kierkegaard pisał: Doba dzisiejsza przypomina rozkład państwowości greckiej: niby wszystko istnieje nadal, ale nie ma nikogo, kto by w to uwierzył. Więzy duchowe, które jej nadawały charakter i siłę, znikły…

Rzeczywiście, wydaje się, że popękały więzi między nami, narosły przeciwieństwa, konflikty, spiętrzyły się podejrzenia, nienawiść, agresja. I chyba powoli przestajemy wierzyć, że może być inaczej. Utrata takiej wiary byłaby jednak chyba czymś najgorszym, co mogłoby się nam, jako narodowi i społeczeństwu, wydarzyć.

Gdzie znaleźć możemy źródła nadziei, że może być inaczej?

Pierwsze znajduję w prawdzie, która co roku do nas powraca z popielcową środą i wielkim postem: przemiana jest możliwa, nawrócenie i pojednanie są możliwe, serca przecież mamy nie z kamienia. Gdy myśleć zaczynamy głową posypaną popiołem, gdy pozwolimy się dotknąć łasce, to zmienia się perspektywa, sprawy nabierają właściwych wymiarów. I wtedy widzimy, że szarpiemy się nieraz o rzeczy drugorzędne, a nawet bez znaczenia, nie widząc tego, co naprawdę ważne. Przecież to było także jedno z doświadczeń po katastrofie smoleńskiej, szkoda, że tak szybko gdzieś uleciało.

Oczywiście, jeśli myślę o nawróceniu, to przede wszystkim własnym. Zbyt często bijemy się w cudze piersi i palcem pokazujemy tych, którzy powinni się nawrócić, zmienić, by można z nimi się pojednać, by odbudować więzi. I wtedy zamiast pojednania, tworzą się nowe podziały i uprzedzenia. Trzeba więc najpierw zobaczyć swoje błędy i winy. Jest niemałą naszą, duchownych winą, że za mało byliśmy i jesteśmy sługami jednania, nie tylko z Bogiem, ale i między nami, Jego dziećmi. Zbyt często nawet ambona staje się miejscem budzenia antagonizmów i nie dlatego, że chcemy być wierni zasadzie, by mowa nasza była tak, tak; nie, nie, albo że głosimy Chrystusa, jako znak sprzeciwu, ale dlatego, że ewangelizacyjna misja ustępuje poczuciu misji politycznej, spełnianej najczęściej w subiektywnym, szczerym przekonaniu, że tak trzeba, z jakiejś patriotycznej żarliwości, ale z efektami będącymi zaprzeczeniem Ewangelii. Za mało w nas, duchownych i świeckich, widać ten znak rozpoznawczy uczniów Chrystusa, jakim jest miłość wzajemna. Zbyt często ważniejsze od tego ewangelicznego kryterium jest kryterium ideologiczne. Upatruję tu jednej z najpoważniejszych przeszkód w odtworzeniu zniszczonych więzi.

Nie wierzę oczywiście w pojednanie wszystkich ze wszystkimi. Są politycy, dla których radykalny konflikt stanowi sposób na uprawianie polityki i raczej nie będą chcieli go gasić. Są dziennikarze i wydawcy, dla których insynuacje, obrzucanie błotem, podsycanie konfliktów to sposób na uprawianie zawodu i osiąganie zysków. Są ludzie cyniczni, którzy wyciągniętą do pojednania rękę potraktują jako gest przyzwolenia na dalsze mnożenie krzywd. Są krzywdziciele, którym tylko ich ofiary wybaczyć mogą; nie mamy prawa w cudzym imieniu wybaczać, zwłaszcza tym, którzy o przebaczenie nie proszą. Są ludzie o ewidentnie złej woli, którzy zawsze będą szukać okazji, by innych poniżyć, skrzywdzić… Nie ze wszystkimi da się pojednać i jedność budować. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej… I jeśli takie będzie nasze nawracanie się, że przestaniemy uderzać się w cudze piersi, a spróbujemy wyciągać do siebie ręce, to okaże się, że ta mniejszość ludzi o złej woli nie będzie w stanie narzucić większości wyniszczającej logiki konfliktu i agresji.

Drugim źródłem tej nadziei jest majowa beatyfikacja. W czasie pogrzebu Papieża na Placu św. Piotra, wśród wielu biało-czerwonych transparentów powiewał i taki, na którym zaznaczyła się dość dziwna arytmetyka: 1+1=1. I napisana obietnica: Ojcze, będziemy jednością. Nie chodzi o jedność pozorowaną czy fasadową na okazję wielkiej uroczystości – starsi z nas pamiętają takie karykaturalne fasady za komuny, jak np. Front Jedności Narodu. Nie chodzi też o jakąś jedność naiwną, z zacieraniem normalnych w demokracji różnic, sporów i konfliktów. Chodzi tylko o to, by nie wyzwalały one w nas nienawiści, byśmy umieli się nad nimi wznosić, widząc, że są rzeczy ważniejsze, niż ideologiczne i partyjne partykularyzmy, że tak naprawdę więcej nas łączy, co zawsze mogliśmy widzieć i czuć właśnie przy Janie Pawle II. W ten sposób przecież tworzy się naród, ojczyzna, bo – przywołajmy Norwida – ojczyzna jest to moralne zjednoczenie, bez którego partie są jak bandy lub koczowiska polemiczne, których ogniem niezgoda, a rzeczywistością dym wyrazów. Wierzę, że beatyfikacja pomoże nam zdemontować nasze polskie piekło pełne swarów i zawiści oraz odnaleźć Polskę taką, jak była w dniach pogrzebu Ojca Świętego, w której się czuło, że jesteśmy wspólnotą, jednym narodem, że jesteśmy sobie bliscy, i że tym razem nie pryśnie to po paru tygodniach.

Zapewne wielu powie, że to naiwne, że niemożliwe, że potrzebny byłby jakiś cud. Ale przecież cuda się zdarzają, bez cudu nie byłoby beatyfikacji. Może więc i o taki cud usilnie trzeba prosić Jana Pawła II?

 

ks. Andrzej Jędrzejewski

Świadomość fotografii – funkcje aparatu, kadrowanie

W poprzednich artykułach poznaliśmy podstawowe informacje dotyczące fotografii. Nadszedł więc czas na wykorzystanie tej wiedzy, aby wykonać „świadome” zdjęcie. Jednak, zanim przejdziemy do robienia zdjęć musimy wiedzieć, jak wykorzystać funkcje aparatu oraz dlaczego warto je znać.

Zacznijmy od ustawień ekspozycji. Najprościej mówiąc jest to ilość światła padająca na matrycę, konieczna do wykonania prawidłowej fotografii. Uzyskuje się ją poprzez dobranie odpowiedniej wartości przesłony i czasu naświetlania dla czułości materiału światłoczułego. W aparatach cyfrowych nie musimy się martwić o jej ustawienie, ponieważ do danej wartości ekspozycji automatycznie dobierany jest czas naświetlania. Jednak bywa tak, że automat potrafi się mylić. Taka sytuacja zachodzi w przypadku fotografowania w zimie na śniegu. Śnieg wówczas odbija dużą ilość światła. Światłomierz wbudowany w aparat uznaje wtedy, że jest dość jasno, aby użyć mniejszego czasu naświetlania. Jeżeli nie skompensujemy wartości ekspozycji, nie otrzymamy idealnie białego śniegu (zdjęcie będzie niedoświetlone).

Kolejną ważną opcją w aparatach cyfrowych jest możliwość zmiany czułości matrycy (ISO). Funkcja ta jest szczególnie przydatna, kiedy musimy zrobić zdjęcie w trudnych warunkach oświetleniowych, a nie możemy użyć lampy błyskowej. W takim wypadku zwiększamy wartość ISO jednocześnie zmniejszając nieco czas naświetlania. Musimy pamiętać jednak, że zwiększenie tej wartości powoduje powstawanie tzw. szumu (na ciemnych partiach zdjęć można wtedy dostrzec efekt ziarna).

Znając wyżej wymienione funkcje aparatu, możemy przejść do fotografowania. Jednak, aby wykonać świadome zdjęcie, musimy znać kilka zasad panujących w fotografii. Ważne jest, abyśmy wykonując zdjęcie starali się w centrum kadru unikać obiektów, na które chcemy zwrócić uwagę. Dlaczego zdjęcie niesymetryczne wydaje się bardziej interesujące? Odpowiada za to reguła złotego podziału, inaczej nazywana trójpodziałem. Polega ona na dzieleniu kadru (jest on najczęściej jest prostokątem) na dziewięć pól, przy pomocy poziomych i pionowych linii na wysokości (szerokości) 1/3 i 2/3. Przecięcia tych linii tworzą tak zwane punkty mocne. Przecięcia tych linii tworzą tak zwane punkty mocne. Jeżeli jakiś element obrazu znajdzie się na linii złotego podziału lub w jej pobliżu, będzie łatwiej zauważalny.

a. Kamil Sekuła

Adresy ośrodków

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci