Pobierz całą gazetkę tutaj

Coma do góry nogami

Myślę, że Coma to zespół znany większości Czytelników. Zespół ten przyzwyczaił nas do ciężkich do skonsumowania kompozycji i bardzo przeintelektualizowanych tek-stów. „Czerwony Album” jest o tyle ciekawy, że łódzki zespół postanowił od tego odejść i postawił na mocne, ostre, rockowe brzmienia. I była to bardzo dobra decyzja. Płyta jest spójna, nie ma tu żadnego przypadkowego czy nieprze-myślanego dźwięku. Każdy utwór jest dopełnieniem poprzedniego a zarazem tworzy samodzielną historię. Już początkowy utwór „Białe Krowy” daje nam rockowy przedsmak tego, co nas czeka, ale to tylko początek. Na szczególną uwagę zasługują utwory „Deszczowa Piosenka” opisująca szarą codzienność Łodzi, „RH+” za patos, rozmach, klimat czy „W Chorym Sądzie” za niezwykłą rozpiętość emocjonalną.  Moim zdaniem „Czerwony Album” Comy to najbardziej zwarty koncepcyjnie album tego zespołu, stawiający go na jednej półce z największymi rockowymi gwiazdami polskiej sceny. Nie sposób nie wspomnieć o genialnym wokalu Piotra Roguckiego. Na tej płycie ukazuje on swoją wszechstronność, niesamowity talent. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych wokalistów w naszym kraju.

„Czerwony Album” to płyta, którą powinien mieć w swojej płytotece każdy fan Comy i dobrych, rockowych brzmień. Jeśli dysponowałbym pieczątką z napisem „Eryk Markowski poleca” to z całą pewnością na okładce tej płyty widniałby ten napis.

 

 

 

Share

Artykuł czy protokół czyli JAK NAPISAĆ RELACJĘ

Podchodzi do Ciebie animator z DKSu i pyta: „Napiszesz do Czeka Nas Droga relację z Dnia Wspólnoty?”. Bledniesz, Twoje nogi stają się miękkie, oczy masz pełne przerażenia? A może wypinasz dumnie pierś i myślisz „O tak, któż jak nie ja…”? Bez względu na reakcję – napisz dobrą relację!

Teksty dziennikarskie dzielimy na informacyjne (życiorysy, relacje, wzmianki) i publicystyczne (felietony, wywiady, recenzje).
W kilku najbliższych numerach omówimy krótko, jak napisać poprawnie takie artykuły. Dziś przyjrzymy się RELACJI. Na co, pisząc ją, trzeba zwrócić uwagę?

Przede wszystkim opisuj rzeczy istotne dla wydarzenia. Na Oazie Modlitwy są sprawy ważniejsze niż to, że tradycyjna na tych rekolekcjach zupa pomidorowa była smaczna. Ponieważ zasadniczo nie zmienia się również plan dnia na takim spotkaniu – nie trzeba pisać, że dzień zaczęliśmy „poranną modlitwą Ludu Bożego – Jutrznią”. Napisz raczej, o czym usłyszeliśmy podczas kazania na Jutrzni czy Nieszoprach. To samo tyczy się Mszy Świętej – piszemy, że to najważniejszy punkt dnia, ale o czym była Ewangelia (często w dodatku rozważana wcześniej podczas Namiotu Spotkania) i kazanie / homilia – niewielu pamięta. Jeżeli zlecenie napisania relacji pojawiło się na koniec Oazy Modlitwy i nie pamiętasz zbytnio, o czym była mowa – nie bój się zapytać innych uczestników rekolekcji lub nawet samego księdza. Kto pyta – nie błądzi. Pamiętaj również, by być obiektywnym w swoim tekście i zrozumiałym dla wszystkich – niektóre treści mogą np. wydać się śmieszne tylko uczestnikom wydarzenia, a przecież nie o to chodzi.

Po drugie staraj się zwrócić uwagę, by relacja nie stała się suchym sprawozdaniem. Dużą ku temu pokusę możemy zauważyć już w leadzie (pierwsze 2-3 wytłuszczone pod tytułem artykułu zdania): „W dniach 20-22 kwietnia odbyła się kolejna Oaza Modlitwy”. Brzmi trochę jak zeznanie albo protokół. A  przecież  można  napisać „Kwietniowa Oaza Modlitwy zgromadziła w Pionkach około 50 oazowiczów. O czasie wydarzenia można wspomnieć w dalszej części artykułu – trzeba podejść do tego kreatywnie. Przy okazji zauważmy jednak, że w niektórych przypadkach pisanie dat jest niepotrzebne, ponieważ jasne jest, że Noworoczna Oaza Modlitwy nie mogła odbyć się w sierpniu, a Triduum Paschalne np. od poniedziałku do czwartku.

Nie ma również sensu bezrefleksyjne opisywanie całego planu dnia: „Wyjechaliśmy o godzinie 8. Potem dojechaliśmy. Potem była konferencja, a następnie Namiot Spotkania i Msza Święta. Po uczcie duchowej przyszedł czas na pyszną Agapę z jagodziankami. Potem pojechaliśmy do domu”. Wspaniale zorganizowany dzień i szkoda nam, że ominęły nas jagodzianki, ale nic więcej w tym temacie nie wiemy. Skup się na tym, co, kiedy i kto powiedział, jaki był temat tego, czy innego spotkania. Zainteresuj czytelnika tym, co niepowtarzalne – każdy Dzień Wspólnoty czy Szkoła Animatora są na swój sposób wyjątkowe – napisz o tym tak, by Ci, którzy nie mogli w nich uczestniczyć, wiedzieli, co ciekawego ich ominęło!

Na koniec pozostaje kwestia równie ważna, co dwie poprzednie razem wzięte – tytuł to połowa sukcesu artykułu. Niezbyt zachęcająco brzmi „Powakacyjny Dzień Wspólnoty”. Pomyśl, co najistotniejszego było w opisywanym przez Ciebie wydarzeniu i wymyśl tajemniczy, zachęcający do przeczytania dalszej części artykułu tytuł. Może on naprawdę zadecydować o tym, czy czytelnik przeczyta lead (tu też trzeba uruchomić uśpione pokłady dziennikarskiej kreatywności) i resztę artykułu, czy też rzuci okiem na tytuł i przewróci kartkę.

„Czeka Nas Droga” to dzieło wszystkich animatorów naszej diecezji. Jeśli jeszcze nie było Ci dane zaistnieć na łamach tego miesięcznika, wszystko przed Tobą! Być może kiedyś Twoje nazwisko znajdzie się pod relacją jakiegoś ważnego wydarzenia – bądź kreatywny!

Share

CHRYSTUS UCZY SŁUŻYĆ

Co właściwie znaczy „posiadanie siebie w dawaniu siebie”? Czy służba jest do szczęścia koniecznie potrzebna? Czy wyrzekając się czegoś tracę czy może jednak zyskuję? Czym jest „miłosierdzie” oraz czy i jak szeroko chrześcijanin może się uśmiechać? A ponadto jak Warszawiacy odnajdują się na wsi i czy siostry zakonne lubią grać w siatkówkę.

                To wszystko i jeszcze więcej wiedzą już Ci, którzy w weekend 20-22 kwietnia uczestniczyli w kwietniowej Oazie Modlitwy. Zmęczeni pędem świata w pogoni za karierą, władzą i wysokim stanowiskiem, uginający się pod ciężarem problemów, braku czasu, drżący przed egzaminami gimnazjalnymi, maturalnymi i zbliżającą się sesją, znaleźliśmy na pustyni naszego życia oazę z Wodą Żywą. A właściwie to nas znalazł Chrystus Sługa i uczył duchowego wytchnienia poprzez służenie Bogu i ludziom.

                Nasze rekolekcje przeżywaliśmy na trzech płaszczyznach. Konferencje i kazania, które mówili do nas ks. Grzegorz Lipiec, dk. Grzegorz Opiela, al. Wojciech Prawda i al. Paweł Krasiński, pomagały nam zrozumieć czym jest Boże miłosierdzie oraz pozwalały poznać prawdziwy sens służby. Podczas spotkań w małych grupach wymienialiśmy się spostrzeżeniami, szukaliśmy wzorów służby,  uczyliśmy się jak wdrażać w życie postawę bezinteresownego służenia oraz poznawaliśmy piękno
i potrzebę diakonii. Wszystko to powierzaliśmy i oddawaliśmy Panu m.in. podczas codziennej Eucharystii, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu oraz w ciszy nocnej.

                Chcemy przybliżyć Wam choć część tego, czego przez ten czas doświadczyliśmy, co poznaliśmy, bo „nie możemy nie mówić tego cośmy widzieli i słyszeli” (Dz 4,20), ale zarazem tych treści i przeżyć w sercu zostaje tak dużo, że nie sposób powiedzieć wszystko! Rekolekcje odbyły się w tygodniu po Niedzieli Bożego Miłosierdzia. Diakon Grzegorz przedstawił nam nowe dla nas spojrzenie na obraz Jezusa Miłosiernego, który mówi nam więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Ręka Jezusa położona na sercu uświadamia nam, że Jezus ma każdego z nas w Swoim sercu. I całym tym sercem nas kocha. Bo „miłosierdzie” to nic innego jak złożenie słów „miłość” i „serce”. Od Jezusa czerpiemy miłosierdzie, ale też jesteśmy powołani, by je przekazywać dalej, dawać innym i żyć w duchu Bożego miłosierdzia. Ta piękna miłość, która przebacza, która zaprowadziła Jezusa  na krzyż, a później wygrała ze śmiercią sprawia, że chrześcijaństwo jest wiarą radosną. Że chrześcijanin jest człowiekiem nadziei, nie poddaje się rozpaczy, ale ufa, bo Jezus pragnie zaspokoić wszystkie nasze pragnienia.

                Podjęliśmy trudny temat w ówczesnym świecie-temat służenia. Kiedy nasze otoczenie uczy nas przepychać się łokciami w drodze do kariery, Chrystus mówi „STOP, nie tędy droga”. Służ! Służba jest trudna, jest wymagająca, każe wyrzekać się siebie, ale przede wszystkim jest piękna i jest odpowiedzią na zaproszenie Jezusa do przyjęcia Jego miłości. Wyraża się przez czyn, słowo i modlitwę. Dumni ze swojej przynależności do Chrystusa, postanowiliśmy doskonalić się wciąż w diakonii, pójść za Nim, w Nim szukać prawdziwej wolności. Służby, zarówno Bogu i człowiekowi, uczyliśmy się przede wszystkim od Mistrza- Jezusa Chrystusa. Jeżeli pod koniec rekolekcji jeszcze ktoś nie był pewien, czy służba ma jakieś granice, jak służyć, ks. Moderator rozwiał nasze wątpliwości całkowicie. Powinniśmy porównywać swoje ręce z rękami Jezusa. Trzeba nam tak służyć, by nasze ręce były spracowane i przebite z miłości do drugiego człowieka.

                W całych rekolekcjach uczestniczyło blisko 50 osób. Ale nigdy nie brakuje nam gości, którzy choć nie mogą spędzić z nami całego weekendu, przyjeżdżają przynajmniej na chwilę, by być
z nami. Przyjechał do nas ks. Łukasz Siek wraz z grupą młodzieży, by zarazić ich „oazowym duchem”, a także ks. Michał Michnicki, który razem z nami bawił się i modlił, ale przede wszystkim służył w konfesjonale stając się dla nas przykładem bezinteresownej służby Bogu i człowiekowi.

Dla wielu była to pierwsza Oaza Modlitwy w  życiu, ale z pewnością niezapomniana, skoro myślą już o kolejnej. Ci, którzy doświadczyli tego czasu rekolekcji choć raz, w zdecydowanej większości wracają, by przeżyć to jeszcze raz poznając nowe treści i pogłębiać relacje z Bogiem i drugim człowiekiem.

Share

Dajmy sobie święty spokój...

O dziewczynach, masażu serc, rozczarowaniu literackim, listku figowym, oraz o mediach z Szymonem Hołownią.

 

CND: Czy był Pan związany
z Ruchem Światło-Życie?

Szymon Hołownia:  Tak, byłem z nim związany. Kiedy byłem w podstawówce, to działałem w tym Ruchu i dotrwałem chyba do III stopnia.


CND: Jakie wspomnienia w takim razie pozostały?

Sz.H: Wspomnienia są różne. Nie wiem czy pojechałbym drugi raz, ale dzisiaj zupełnie inaczej na to  patrzę. Za moich czasów oaza była czymś więcej niż tylko ruchem religijnym – był to ruch oporu.  Kończyłem podstawówkę w 1990 roku i trochę się czuliśmy z kolegami jak opozycja, nie chcę powiedzieć, że antykomunistyczna. W każdym razie to było coś więcej niż wydarzenie religijne. To jakiś sposób zrzeszenia się i opowiedzenia się za czymś więcej niż tylko rzeczywistością religijną, ale też za jakąś rzeczywistością społeczną lub przeciw jakiejś rzeczywistości. Oczywiście byliśmy kajtkami, więc co mogliśmy wiedzieć, ale czuliśmy, że jest to właściwe miejsce i ta właściwa strona.Myślę, że mógłbym znacznie bardziej skorzystać z formacji, którą oferuje Ruch Światło-Życie. Problem w tym, że chyba atmosfera i czasy były takie, przez co trudno było wydobyć to, co w tym wszystkim jest sensowne i skoncentrować się na wątku duchowym. Myślę też, że byliśmy w bardzo trudnym wieku. Zajmowaliśmy się głównie dziewczynami, a dziewczyny chłopcami, a jak w międzyczasie były momenty pobożne, to było bardzo miło. Oczywiście ktoś kto jeździł ze mną może powiedzieć, że było zupełnie inaczej. Ja się tam głównie zajmowałem masowaniem złamanych serc i oczywiście jakąś ogólną pobożnością. W każdym razie ja po prostu bardzo miło wspominam ten czas.


CND: Przejdźmy teraz na teren związany po części z Kościołem i społeczeństwem. Czy według Pana nie cierpimy w Kościele na brak takich „Blachnickich, Wojtyłów i Wyszyńskich”?

Sz.H: Nie uważam. Jeżeli będziemy pamiętać, że Kościół jest rzeczywistością powszechną, a nie tylko polską, to ja takich postaci wielkiego formatu znam bardzo dużo. Tego, że nie widzimy ich w Polsce wynika z dwóch powodów: Czy wszyscy wielcy muszą rodzić się w Polsce? W czym my jesteśmy lepsi? Skończmy z tym myśleniem. Po drugie może jesteśmy za blisko, a wtedy człowiek słabo widzi. Może jesteśmy pogrążeni za bardzo w jakiś sporach czy sytuacjach, żeby zobaczyć jakieś światło? Ksiądz Blachnicki proponował rzeczy bardzo dobre na tamten czas. Teraz są ludzie, którzy chcą pokazać, że to przesłanie jest ponadczasowe. Myślę, że jego idea ciągle jeszcze nie jest poznana we właściwy sposób, to znaczy kojarzy się ludziom dalej z jakimiś pobożnymi wakacjami zamiast ze stosowną formacją, która jest bardzo chrystocentryczna i eklezjo-centryczna oraz sensowna.
Wydaje mi się, że wszystko ma swój czas. Zamiast czekać z drżeniem na kolejnych „Wojtyłów i Blachnickich”, a nie będzie ich dopóki sami sobie ich nie zrobimy, to trzeba odkryć to, co już mieliśmy, co nam dali i musimy przyswoić to co otrzymaliśmy, a my ciągle chcemy coś nowego.

 

CND: Kim jest Jezus Chrystus dla Szymona Hołowni?

Sz.H: Nie lubię tego pytania, z tej przyczyny, że za często je słyszę w okolicznościach dobrych do złożenia świadectwa. To nie jest moja melodia. Jezus Chrystus jest dla mnie najważniejszą Osobą w życiu, relacja z Nim jest dla mnie najważniejsza, natomiast cała reszta jest przemycana w tym co piszę, w tym co mówię. Nie chciałbym skończyć jak człowiek, który jeździ po Polsce i objazdowo daje świadectwo o swojej relacji z Jezusem, dlatego, że ja mam absolutną obsesję, żeby Jezusa nie zasłaniać. Ja mogę przedstawić pewne fakty, doświadczenia i tropy, ale nie będę się pchał na jeden piedestał, żeby z Nim stać i w ten sposób pokazywać się ludziom.

 

CND: Będąc jeszcze przy temacie Jezusa chcielibyśmy zapytać: Czy Chrystus może dzisiaj jeszcze zainspirować?

Sz.H: Wracając do tego pytania, które przed chwilą zadaliście,
w woli doprecyzowania, chcę powiedzieć o myśli, która jest bardzo moja: straszne byłoby, gdyby ludzie dowiadywali się kim jest dla mnie Jezus Chrystus tylko przez moje słowa, a nie obserwowanie jakim jestem chrześcijaninem, bo w momencie, gdy ja będę deklarował to czy owona temat Chrystusa, to nic to nie zmienia. Jeżeli będą patrzyli na moje życie, to będą dowiadywali się jakim jest dla mnie Jezus. I to jest chyba jedyna droga dla chrześcijanina. Inaczej byłaby to tylko pobożna paplanina i przekonywanie przekonanych. Natomiast wracając do pytania. Jezus inspiruje od 2000 lat i sądzę, że do końca świata się to nie zmieni. Biblia jest książką, która jest czytana od bardzo długiego czasu i wciąż ludzie znajdują w niej słowo życia. Jezus nie przestanie być inspirujący, dlatego że zasadą wszystkiego co się z Nim wiąże jest miłość, a ona jest absolutnie ponadczasowa. Nie będzie czasu, kiedy nie będzie miłości, bo choćby jeden człowiek kochał tylko drugiego, to miłość będzie zawsze, bo ona jest zasadą świata. Nie ma takiej możliwości, żeby Chrystus przestał być Kimś inspirującym, nawet jeżeli nie będą to na pewnym etapie rozwoju inspiracje czysto religijne.  Myślę, że będzie wiele inspiracji w takim czysto ludzkim życiu, że w historii, w społeczeństwie odkrywamy Jezusa. Nie w całości, to tylko jakieś okruchy, ale to jednak pochodzi od Boga.

CND: Przechodząc już na teren  bardziej  neutralny: Dlaczego warto zajrzeć do książek Szymona Hołowni?

Sz.H: A nie wiem…

 

CND: Czy którąś ze swoich książek darzy Pan szczególną sympatią?

Sz.H: Bardzo lubię ostatnią książkę, którą napisaliśmy razem z Marcinem [Prokopem- przyp. red.], bo jest to zapis fajnego, rzeczowego sporu, który nie jest takim klasycznym polskim sporem, czyli nawalanką o nic, tylko sporem o rzeczy najważniejsze. Jak siadamy, to kłócimy się o istotę sprawy. Teraz nagrywamy wersję audio i dogadujemy jeszcze różne rzeczy, a widzę jak to dla mnie było ważne uporządkować  pewne myśli. Bardzo lubię „Ludzi na walizkach”, a z książek „okołopanabożych” „Monopol na zbawienie”, gdzie najbardziej się rozpisałem i chyba udało mi się przemycić  najwięcej myśli. Wszystkie swoje książki lubię, może poza „Bóg-życie i twórczość”. Wydaje mi się, że to była porażka. Są ludzie, którym ta książka się podoba, ale dla mnie to było niepowodzenie, ponieważ dzisiaj napisałbym to zupełnie inaczej. Ta książka jest jak glosa, gdzie co chwilę trzeba dopisywać jakieś nowe informacje, ale taki jest Bóg i może warto było to napisać.

 

CND: Czy ma Pan może jakiegoś ulubionego, osobistego świętego?

Sz.H.: No mam, zdecydowanie. Nie wzoruje się na nich, bo uważam że święci nie są od tego, to jest inna relacja. Natomiast ja bardzo lubię nabożeństwo do świętego Mikołaja-czczonego na Wschodzie. Oczywiście w naszym Kościele też jest obecny, ale u prawosławnych jest bardzo mocno czczony tak jak u nas święty Antoni. Mam jego ikony w domu i bardzo go lubię, jest mi bardzo bliski. Podobnie jak święta Faustyna, bł. Michał Sopoćko, święty Antoni, który jest bardzo specyficzną i niedokońca dla mnie rozgryzioną postacią. Jak się modlę to wzywam 5 – 6 dziennie moich takich najbliższych, ulubionych. Ale często też jeżdżąc po świecie, co ostatnio się dość często zdarza, to wynajduje różnych świętych lokalnych, o których gdzieś tam w szerszym świecie się nie słyszy. Na przykład w Australii McKilow lub Oscar Romero, który jest dla mnie świętym, chociaż jeszcze nie beatyfikowanym. Jest mnóstwo takich ludzi po tamtej stronie.

 

CND: Jak Pan widzi siebie jako felietonista „Newsweeka” w tym otoczeniu, gdzie występuje duża różnorodność światopoglądowa artykułów?

Sz.H.: Myślę, że najgorszą tragedią byłoby dla mnie zamknięcie się w piśmie czy medium, które byłoby katolickie, jednowymiarowe i w którym wszyscy by pisali to, co ja myślę, zamknięte na inne głosy. Bo ja tego nie oczekuje, ani nie pragnę, ani to dla mnie nie byłoby inspirujące. Ja chce być w miejscu tam gdzie ludzie rozmawiają o Obamie, o Palikocie, tam gdzie mogę się  z nimi nie zgadzać. W „Newsweeku” mogę napisać w swoim felietonie, że się z tym nie zgadzam. Chcę być tam gdzie ludzie toczą realną dyskusję. Od tego, że nie będziemy mówić o Palikocie, tego Palikota
w przestrzeni publicznej nie ubędzie. To jest tak, że raczej nie będziemy o nim pisać tekstów, bo to jest pewien fenomen, pewne zjawisko. Kawa się rozlała i trzeba o tym rozmawiać. Ja z chęcią przeczytam dobry tekst o Palikocie, bo znam tego człowieka, pracowałem z nim, jestem ciekaw jakimi drogami idzie jego myślenie. Jak ja go pamiętam, to był wielkim piewcą pokolenia JPII, pamiętam jak razem tworzyliśmy „Ozon”. Teraz jest zwolennikiem innych rzeczy i nie mam z tym najmniejszego problemu. Problemy moje bywały, kiedy „Newsweek” opublikował jakiś wielki wywiad z Nergalem, ale też nie miałem z tego powodu jakiś nieprzyjemności. Oczywiście stoczyłem z kolegami ostrą dyskusję, napisałem swój felieton,
w którym powiedziałem, co na ten temat myślę. Uprzedzając domysły, nie czuję się jak jakiś listek figowy. Wydaje mi się, że jestem na swoim miejscu, to znaczy uważam, że mam dzięki temu dostęp do odbiorcy z którym chciałbym rozmawiać. Dopóki w tym piśmie nie będzie ani pornografii, promowania jakiegoś satanizmu, jakiś dziwnych antywartości, a jedynie opisywanie zjawisk jakie toczą się w społeczeństwie, to ja nie mam z tym z całą pewnością najmniejszego kłopotu.

 

CND: Czy obecne czasy, dają możliwość wypromowania się jakiemuś człowiekowi, który jasno i otwarcie będzie mówił o swojej wierze, o tym że wierzy w Jezusa. Czy telewizja chciałaby go pokazywać?

Sz.H.: 200% - tylko znajdźcie mi takiego człowieka. Cały kłopot nie polega na tym że telewizja nie chce pokazywać, tylko dlatego, że my nie mamy kogo w telewizji pokazać. Budowanie takiego przekonania, że oto otacza nas jakaś zmowa mediów, że jak będzie ktoś pobożny to się przebije tylko do „Gościa Niedzielnego” to jest bzdura. Telewizja i zasadniczo media nie są do tego stopnia zideologowane w Polsce żeby pominąć jedną prostą zasadę, którą media wszędzie na świecie się rządzą – ciekawość. Jeżeli coś jest ciekawe, jeżeli coś jest nowe, jeżeli nastąpiła jakaś zmiana, to media zawsze będą to pokazywać bo to jest ich istota. Jeżeli będzie ktoś kto przyjdzie i powie że jest katolikiem, chrześcijaninem, będzie się umiał w jakiś fajny, oryginalny i sensowny sposób pokazać, a będzie się w dobry sposób odróżniał, będzie miał poczucie humoru, będzie miał wreszcie luz, bo nic tak nam nie psuje opinii jak wizerunek, że my jesteśmy tacy smutni i zmarnowani i totalnie splątani tysiącami zakazów, nieszczęśliwi, pogrążeni w bólach. To nie jest chrześcijaństwo, a przynajmniej to nie jest chrześcijaństwo które ja znam, to nie jest chrześcijaństwo od czasów kiedy Jezus zmartwychwstał. Nie jest to zupełnie taka opowieść, więc myślę że nie byłoby z tym najmniejszego problemu, tylko znajdźmy takiego człowieka.

 

CND: Dlaczego według Pana warto jeździć na oazę?

Sz.H.: Bo zawsze za moich czasów jeździły bardzo fajne dziewczyny

 

CND: Teraz też są...

Sz.H: No to fajnie, ale ja obecnie nie jestem w oazie, ale na poważnie - to my w Kościele w ogóle mamy taki problem, że udzielamy odpowiedzi zanim ludzie zdążą zadać nam pytanie. Więc dobrze by było najpierw zidentyfikować jakie są potrzeby w tych, którzy was otaczają, żeby później bardzo precyzyjnie i punktowo dopasować do nich komunikację i powiedzieć im co jest dobrego i wartościowego w oazach, rekolekcjach i podobnych rzeczach, a nie robić ogólną pogadankę, o tym że spotkają Jezusa i będą szczęśliwi, bo to że kochają Jezusa, to jest dla nich zbyt proste zdanie. Wydaje mi się też, że można by było podegrać w takiej komunikacji to, czego dzisiaj ludzie bardzo potrzebują, czyli takiego momentu refleksji, wyciszenia, spokoju. Ludzie dzisiaj płacą ciężkie pieniądze za to, żeby się wyłączyć ze świata na chwilę i skupić się na samych sobie. Musielibyście mieć też poczucie, że nie będzie ich tam czekała jakaś presja – to znaczy, że do końca pozostaną w wolności. Będą mogli wybrać na „tak” i będą mogli wybrać na „nie”. Ale my im przedstawimy taką ofertę jaka jest, tak jak to potrafimy najlepiej. Tak więc promocja wolności i refleksji. Myślę, że należałoby to promować hasłem: „święty spokój”. To znaczy i „święty” i „spokój”, bo tych dwóch rzeczy dzisiaj bardzo potrzeba.

Share

Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!

Dnia 14 kwietnia w miejscowości Gabratka- Letnisko odbył się wiosenny Dzień Wspólnoty rejonu Pionki. Już przed 10.00 przed kościołem zebrała się duża grupa młodzieży i dzieci, w dodatku mogliśmy się cieszyć obecnością par z Domowego Kościoła.

Tematem całego spotkania było hasło: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Nasze wspólne przeżywanie tego dnia rozpoczęliśmy od wysłuchania konferencji ks. Mariusza Chamerskiego. Nawiązywał on do tematu dnia i skupiała się na nas samych, na świadkach Chrystusa. Tak jak na każdym Dniu Wspólnoty, jak i tym razem mogliśmy zjednoczyć się na Eucharystii, której przewodniczył ks. Augustyn Rymarczyk. Słowo Boże do oazowiczów wygłosił ks. Adrian Jakubiak.

                Następnie mieliśmy czas na przeżycie spotkań w grupach. W tym celu, udaliśmy się do szkoły, gdzie każdy obecny mógł wziąć udział w spotkaniu, podzielić się Słowem Bożym, a także posłuchać doświadczeń rówieśników związanych z Ewangelizacją. Ten czas bardzo nas ubogacił, zadawaliśmy sobie ważne pytania odnośnie ewangelizacji i na podstawie Pisma Świętego próbowaliśmy określić jakie cechy powinien mieć świadek Chrystusa. Wreszcie nadeszła chwila na ucztę AGAPE, czyli gorący bigosik, herbatę i ciasto. Z racji, że oazowiczesprawnie opróżnili swoje talerze, mieliśmy więcej czasu na wspólną zabawę. A to nas maksymalnie rozkręciło i…. wyczerpało. Skoczne oazowe tańce sprawiły, że poczuliśmy się jeszcze bardziej zjednoczeni w naszej wspólnocie. Na koniec naszego Dnia Wspólnoty spotkaliśmy się jeszcze raz w kościele, aby obejrzeć ciekawe, momentami zabawne filmiki poszczególnych parafii, pokazujące tętniącą życiem oazę. Trzeba przyznać, że te filmy, czy slajdy były przygotowane w bardzo kreatywny sposób!

                Rejonowy Dzień Wspólnoty zakończyliśmy krótką prezentacją Diakonii Ewangelizacji, która przedstawiła nam cele i sposoby ewangelizacji w formie prezentacji multimedialnej. Opowiedzieliśmy również kilka słów o pracy naszej diakonii i na sam koniec po wspólnej modlitwie i błogosławieństwie, pełni Ducha, udaliśmy się do naszych domów.

Share

Adresy ośrodków

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci