Pobierz całą gazetkę tutaj

„Cudze chwalicie, a swego nie znacie"

Chopin. Co pomyśli przeciętny Kowalski słysząc to nazwisko? - Nuda. Fortepianmuzyka klasyczna. Nuda po raz drugi. W tym wypadku jednak owy Kowalski grubo się myli, a żeby mu to udowodnić, polecam posłuchać płyty „Chopin na 5 kontynentach”.

Projekt Marii Pomianowskiej związany był z obchodami dwusetnych urodzin kompozytora. Nagrano kilkanaście utworów Chopina w aranżacjach dość nietypowych, gdyż z wykorzystaniem instrumentów etnicznych i elementów muzyki ludowej różnych regionów świata. I tak kolejno możemy posłuchać Chopina afrykańskiego, bałkańskiego, japońskiego, na Dzikim Zachodzie.

Moim ulubionym utworem z tej płyty jest „Chopin w Andaluzji”. Jeśli go posłuchacie, zrozumiecie dlaczego. Polecam gitarzystom! Jednak każdy znajdzie tu coś urzekającego, bo wsłuchując się w te wielokulturowe formy, niekonwencjonalne, może dla kogoś dziwne, czujemy w nich polskość i zastanawiamy się: „skądś to znam…”.

Co interesującego może być w utworach napisanych 200 lat temu? Nie te czasy, nie te możliwości techniczne. A jednak, Chopin ma w sobie to „coś” co przyciąga do jego muzyki masy ludzi . Polska jest znana na świecie z jego muzyki, jednak przysłowie głosi „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Może więc warto zacząć poznawać? I chwalić, bo jest co.

Kończąc, chcę wytłumaczyć się ze wstępu: z mojej szybkiej ankiety wynikło, że moi znajomi czasem słuchają, a czasem nawet lubią muzykę Chopina. Cieszę się, że znam nieprzeciętnych ludzi.

Share

SA = KON + PR + LU + NA

 

 

 

Pewnie nic z tego nie rozumiecie, ale spokojnie – dalej już nie będzie tak matematycznie ;)

SA – Szkoła Animatora oczywiście. Start:  piątek 16 listopada o 18.00, meta: niedzielę po Mszy Świętej i uczczeniu relikwii błogosławionej Karoliny. Miejsce – wciąż podwyższający standardy ośrodek w Pionkach. Nowe drzwi aż się proszą żeby przez nie wchodzić! Dalsza część równania to różne elementy, których  nie mogło w niej zabraknąć.

KON – czyli Kontemplacja. Nasze listopadowe spotkanie przygotowała Diakonia Modlitwy pod przewodnictwem księdza Grzegorza Tęczy, a miało ono na celu odkrywanie tego często niedocenianego rodzaju modlitwy. To bardzo ładnie brzmi - „kontemplować”, ale już na początku jasno przyznaliśmy przed sobą, że nie będzie łatwo. Dużo ciszy i skupienia, ale za to z Panem Bogiem w centrum,a to całkiem obiecujący układ, więc do dzieła!

Na rozgrzewkę, już w piątek wieczorem przystąpiliśmy do kontemplacji imienia. „Jezu Chryste Synu Dawida, ulituj się nade mną.” - to jedno zdanie miało rozbrzmiewać w naszych otwartych na Bożą moc sercach. Żyjemy w pędzącym bez przystanków świecie, pełnym hałasu i ruchu, obrazów i zapachów. Przyszło nam jednak wysiąść z tego „wesołego autobusu” i trwać przy Zbawicielu bez żadnych próśb czy podziękowań, tylko On i ja. Próbowaliśmy jakoś odsunąć na bok masę myśli, które czasem wręcz bombardują umysł. Naszym duchowym przewodnikiem był ojciec Serafin. „Kiedy medytujesz, bądź jak góra.” - w myśl tej wskazówki staraliśmy się wytrwać w jednej pozycji, nie wiercić się i nie rozpraszać. Cisza która zapadła w kaplicy była głębsza niż zazwyczaj.

Następny dzień przyniósł kolejne formy modlitwy kontemplacyjnej, porady ojca Serafina i spotkania w grupach, podczas których dzieliliśmy się ze sobą przeżyciami. Choć 7:30 to prawie noc, mężnie stawiliśmy się w kaplicy, aby tym razem kontemplować Pismo Święte. Robiliśmy to w oparciu o przypowieść o pannach roztropnych i nierozsądnych z Ewangelii według świętego Mateusza.

Z biegiem czasu zagłębialiśmy się w nowe rodzaje tej modlitwy, a były to kolejno kontemplacja ciała, ofiary ołtarza, stworzenia i oblicza. Dwie pierwsze to po prostu adoracja Najświętszego Sakramentu i Msza Święta – praktyki dobrze nam znane, ale ukazane w innym świetle. Trwanie przed Hostią i stosowanie się do kolejnych strof twórczości ojca było dla wszystkich upragnionym ukojeniem i odpowiednim przygotowaniem do Eucharystii, która wyjątkowo została obdarta ze wszystkich „ozdób”. Zawsze dbamy o piękno liturgii, ale brak pieśni i kazania uwypuklił i dodał majestatu jej najważniejszym momentom, pomógł odczuć, że była to rzeczywiście najważniejsza godzina dnia. Po obiedzie przyszedł czas na wyprawę otwartych oczu (zachwyt nad stworzeniem) i kontemplację ikony, co dla wielu z nas było zupełną nowością. Nie jesteśmy raczej przyzwyczajeni do czytania (w końcu ikony się pisze, a nie maluje) bizantyjskich obrazów naszpikowanych symbolami, ale wszystkimi wątpliwościami i radościami mogliśmy podzielić się na ubogacających spotkaniach w grupach.

Ostatni już typ kontemplacji stanowił krzyż, przed którym zadawaliśmy sobie wiele pytań. Co tak właściwie on dla mnie oznacza? Czy potrafię i chcę nieść swój własny, czy może blokuje mnie strach lub niepewność? Rozmowa z Umęczonym Jezusem i własnym sumieniem wymagała bezwzględnej szczerości i zaufania. W końcu krzyż zawsze niesie za sobą dobro, może trudne do dostrzeżenia na pierwszy rzut oka, ale zawsze dobro. Warto więc próbować oswajać się z jego ciężarem.

To nie takie proste – jedynie trwać w Bożej obecności bez czynnego zaangażowania umysłu, bez formułowania konkretnych zdań. Być jak nieporuszona góra, głęboki ocean, szybko przemijający kwiat... kiedy nawet twarda ławka wydaje się być przeszkodą. Dopiero uczyliśmy się pokonywać słabości i odcinać od tego, co może nas rozpraszać, ale była to ważna lekcja. Dobrze było wsłuchać się nie w dźwięki, ale w ciszę. Przecież Bóg mówi w ciszy.

PR – Prezentacje. Wspólnot studenckich oczywiście. W sobotni wieczór refektarz zmieniał się co chwila nie do poznania. Pierwsza wystąpiła stolica – animatorzy, jako ludzie pełni życia uratowali się od potopu na arce. Z czego ją zrobili? Materiał nie był standardowy – Narodowy Stadion! Tuż po inscenizacji ratowania się warszawskiej wspólnoty, mieliśmy okazję obejrzeć filmowy przewodnik po Krakowie, będący tłem dla nietypowego spotkania i spaceru do... domu (czyli Kościoła!). Na koniec LWA (wspólnota z Lublina) zaprezentowała jedyną w Polsce telewizję kolacyjną – Lwie Sprawy. Najnowsze nowinki z mody oazowej, naturalne planowanie oazy, wywiady i prognoza pogody to tylko przykłady tego, co mieliśmy okazję oglądać. Trudno wszystko streścić, ale owe prezentacje były bardzo wyczekiwanym i radosnym elementem naszego pobytu w Pionkach.

LU – Ludzie. Znani i lubiani, niezastąpieni, w liczbie ponad 50 osób. Jak zawsze pełni zapału i radości.

NA – Nadzieja. Na to że czas do następnego spotkania upłynie jak najszybciej! :)

Równanie na Szkołę Animatora chyba nie jest zbyt trudne – tak niewiele potrzeba, aby zbliżając się do Boga, zbliżyć się też do drugiego człowieka.

 

 

 

Share

Wiara prywatna

Wielu ludzi traktuje dziś wiarę jako sprawę prywatną. Taki jest dominujący sposób myślenia o wierze we współczesnej kulturze europejskiej. Tak głęboko zakorzenił się on w naszych umysłach, że trudno wyobrazić sobie, że nie zawsze tak było, i że nie wszędzie tak jest. Różne są przyczyny takiego stanu rzeczy. Jedną z nich jest ateistyczna ideologia komunizmu, której doświadczaliśmy w Europie środkowo-wschodniej przez blisko pół wieku. To wystarczający czas, aby wmówić ludziom, że wiara należy do sfery prywatnej. Obecnie jesteśmy spadkobiercami tej epoki i na zasadzie dziedziczenia przejęliśmy właśnie takie poglądy na temat wiary. Ideologia liberalna również wmawia ludziom, że wiara to sprawa prywatna. Pod tym względem liberalizm nie różni się od komunizmu. Jednak ograniczanie religii do dziedziny życia prywatnego zaczęło się już od czasów nowożytnych. Marksizm ze swoim ateizmem teoretycznym oraz liberalizm wraz z ateizmem praktycznym są już tylko systemowymi wnioskami z różnorakich debat i poglądów filozoficznych dotyczących miejsca religii w społeczeństwie.

 

Prywatyzacja wiary nie jest więc stanem naturalnym czy normalnym. Oczywiście, nie należy od razu zakładać, że skoro wiara nie jest sprawą prywatną, to w takim razie musi być sprawą publiczną. Twierdzenie, że wiara to prywatna sprawa, jest słuszne. Problem polega na tym, że jest ono pewnym skrótem myślowym, pod który, gdy go słyszymy, podstawiamy zawsze te same treści. Według tego skrótu, wyrażenie „wiara prywatna” oznaczałoby, że nie powinniśmy ujawniać swoich poglądów wynikających z wiary. I jeśli taki jest tego sens, to wtedy rzeczywiście jesteśmy w błędzie. Wiara jest sprawą prywatną tylko w tym sensie, że relacja między mną i przedmiotem wiary – Bogiem – jest ukryta, rozgrywa się w moim wnętrzu, nie jestem w stanie nikomu tego doświadczenia przekazać, ono należy do mnie. Poza tym, każdy człowiek doświadczenie Boga przeżywa na swój sposób. Dlatego aby lepiej to wyrazić należałoby powiedzieć, że wiara jest sprawą osobistą, a nie prywatną. Prywatny znaczy niedostępny dla innych – „nikomu nic do tego, co moje”. Natomiast jeśli coś jest osobiste, wcale nie oznacza, że za moją zgodą nie mogę się tym z kimś podzielić i ujawnić tego, co we mnie siedzi. To zaś, co osobiste, najczęściej jest czymś ważnym. Nie pozwalamy więc, aby ktoś tym poniewierał, wyśmiewał, obrażał, czy w jakikolwiek sposób podważał lub negował. Ewangelia mówi, żebyśmy swoją wiarę wyznawali, żebyśmy nie bali się przyznać do Jezusa, abyśmy głosili Jego Imię i to, co sam głosił. W ten sposób wiara staje się publiczna, co oczywiście zakłada, że najpierw musi zaistnieć jako osobista.

Zamiłowanie do podziałów, rozróżnień, rozbicia jednej rzeczywistości na dwie bez jednoczącej syntezy, jest wymysłem czasów nowożytnych. Tworzymy dziś różnego rodzaju dualizmy: świeckie – święte, doczesne – nadprzyrodzone, podmiot – przedmiot. To samo robimy z rzeczywistością wiary. Zamiast wiary jako takiej dzielimy ją na wiarę prywatną i publiczną. Jezus i Jemu współcześni nie znali takich rozróżnień. Gdy Jezus mówił o przyznawaniu się do Niego i gdy apostołowie głosili Ewangelię, nie było problemem ustalenie, czy jest to sprawa prywatna czy publiczna. Problemy mogły być inne, na przykład: czy jesteśmy w stanie to zrobić; jakim sposobem dotrzemy do ludzi; czy zdajemy sobie sprawę, że czekają nas z tego powodu prześladowania. Człowiek wierzy albo nie wierzy. Jeśli to pierwsze – wtedy w niektórych sytuacjach nie można po prostu pozbyć się wiary, a na swoje usprawiedliwienie stwierdzić, że to moja osobista sprawa. Ów dualizm, a więc rozdwojenie jednej rzeczywistości, wyraźnie widać u niektórych polityków. Są katolikami i przyznają się do tego, ale przekraczając próg, chociażby ministerialnego gabinetu, swoją wiarę zostawiają za drzwiami, uznając, że polityka rządzi się swoimi prawami, a wiara nie ma nic do tego. Oto czysty dualizm – podzielenie jednej rzeczywistości wiary na dwie: wiarę prywatną i wiarę publiczną. Jest to jakaś schizofrenia, swoiste rozdwojenie jaźni. Trudniej taką postawę znaleźć u amerykańskich polityków, którzy w swoich przemówieniach nie unikają odwołań do Boga. Prezydent Barack Obama – do którego postawy można mieć wiele zastrzeżeń – podczas obchodów 10 rocznicy zamachów terrorystycznych na Nowy Jork zacytował psalm 46 i nikt nie widział w tym nic niestosownego.

            Człowiek jest jednością. Jeśli chrześcijanin rzeczywiście wierzy w Jezusa, a więc posiada wiarę osobistą, to musi ona promieniować na zewnątrz, szczególnie wtedy, gdy ta wiara jest zagrożona, gdy ktoś próbuje ją ośmieszać, a nawet jej pozbawić. Propagandowy chwyt mówiący o prywatnej wierze ma jeden cel: pozbawić jej siły oddziaływania. Jeśli  doświadczenia komunizmu pokazały, że nie można człowiekowi wyrwać wiary, nawet przemocą, to dzisiaj jedyne, co pozostaje, to zamknięcie jej w „zakrystii”, aby nie oddziaływała, aby nie uniemożliwiała prowadzenia stylu życia, który ideolodzy chcieliby ustalić prawem dla wszystkich. Dzisiaj jeszcze bardziej niż kiedyś potrzeba pokazywania, że wiara ma znaczenie w życiu publicznym. Jeśli nie ma jej w życiu publicznym, to tak jakby jej w ogóle nie było. Co nam po takiej wierze? Człowiek, który chce prowadzić uczciwą czy obiektywną debatę, nie może negować tych, którzy swoje tezy wyprowadzają z wiary. Jedni kierują się swoją ideologią, która nierzadko jest irracjonalna, bo oparta na sloganach i nośnych hasłach podszytymi dawką emocji, inni natomiast kierują się swoją wiarą. Cóż w tym złego? Czymś trzeba kierować się w życiu. Nasze przekonania i poglądy mają gdzieś swoje źródło. Tym źródłem może być osobista wiara. Jednak po co mówić „osobista”? Jeśli ona rzeczywiście jest, to swoje zrobi i nieźle namiesza, także w życiu publicznym.

Share

Czas na duszę!

Rekolekcje Domowego Kościoła "Czas na duszę", które odbyły się w Dąbrówce w dn. 9-11 listopada 2012r. - to prawdziwie błogosławiony czas!

 

Czy ktoś z Was pamięta i byłby w stanie wymienić wszystkie siedem uczynków miłosierdzia względem duszy? Właśnie o tym była mowa i okazało się, że niby wiem, ale tak naprawdę zapomniałam.

A przecież to właśnie Miłosierna Miłość 20 lat temu zatrzymała mnie na pustyni mojej duszy w drodze do mojego Damaszku, czyli donikąd. Ponad 20 lat po nawróceniu i jeszcze wciąż, jakbym zaczynała od nowa swoją katechizację.


Zaraz po przyjeździe do Dąbrówki udałam się do kaplicy i pomimo, że Jezusa Eucharystycznego jeszcze w niej nie było, to spotkałam się z Panem w Jego jakże wymownym obrazie - figurze Jezusa ukrzyżowanego z odłamanymi ramionami i stopami. W duszy zrodziło się pytanie: "Panie czy chcesz abym była Twoimi ramionami i niosła Cię na swoich stopach?"

 

Program rekolekcji był bardzo bogaty w treści. Nie będę ich tutaj wypisywać, może tylko podzielę się paroma pytaniami, które sobie zadawałam:

  • Czy umiem przyjąć prawdę o sobie, która jest wymagająca i która boli? Prawda, która nie prowadzi do dobra nie jest prawdą. Nie szukaj prawdy u zatrutych źródeł!
  • Czy zgłębiam naukę Kościoła (teraz w Roku Wiary szczególnie dokumenty II Soboru i Katechizm Kościoła Katolickiego), aby poczuć się mocniejszą w wierze, aby potrafić nieumiejętnych pouczać?
  • Czy umiem słuchać bez oceniania i czy potrafię WSŁUCHAĆ się z troską w problemy drugiego człowieka? Żyjemy w epoce poradników do wszystkiego, lecz znaleźć kogoś, kto wysłucha nie jest łatwo.
  • Czy potrafię spokojnie szukać sposobu rozwiązania, gdy pojawiają się wątpliwości, a jeśli go nie znajduję – to CZY UFAM, że BOŻA OPATRZNOŚĆ CZUWA?
  • Czy modlę się do Ducha Świętego, a jeśli tak, to czy potrafię tak naprawdę w sercu zawierzyć, bezgranicznie ufać, nawet jeśli niczego nie rozumiem, bo wszystko idzie nie tak jak oczekiwałam?
  • Czy zastanawiałam się kiedyś, że chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało łatwego pocieszenia, że Boże pocieszenie nie dokonuje się poprzez odrzucenie cierpienia, ale wręcz przeciwnie, poprzez przyjęcie go i zjednoczenie z cierpiącym Jezusem?
  • Czy pracuję nad wewnętrznym usposobieniem dla cierpliwego znoszenia trudnych bliźnich?


To nie są wszystkie pytania, ale wierzcie mi, że odpowiedzi, które otrzymałam już kwalifikują mnie do poprawki!

 

Nasza nadzieja w Bożym Miłosierdziu, które jest większe od naszych słabości i grzechów. Gdy tylko się gdzieś zagubimy, Pan zaraz zostawia całe bezpieczne stado i biegnie, by NAS szukać. Gdy tylko potrafimy, choćby zwrócić swoje serce w Jego stronę - bierze nas w ramiona, obuwa w sandały i zakłada pierścień. Niczego złego już nie pamięta, bo taka jest MIŁOSIERNA MIŁOŚĆ!
Zatem wystarczy by zwrócić swoje serce aktem własnej nieprzymuszonej woli do Boga i odpowiedzieć "TAK, CHCĘ", nie martwiąc się całą resztą, bo Pan to sprawi i cudem będzie w naszych oczach.

 

Z ufnością i radością w sercu opuszczaliśmy Dąbrówkę - dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do tego, żeby te rekolekcje mogły się odbyć.

Rekolekcje Domowego Kościoła "Czas na duszę", które odbyły się w Dąbrówce w dn. 9-11 listopada 2012r. - to prawdziwie błogosławiony czas!

 

Czy ktoś z Was pamięta i byłby w stanie wymienić wszystkie siedem uczynków miłosierdzia względem duszy? Właśnie o tym była mowa i okazało się, że niby wiem, ale tak naprawdę zapomniałam.

A przecież to właśnie Miłosierna Miłość 20 lat temu zatrzymała mnie na pustyni mojej duszy w drodze do mojego Damaszku, czyli donikąd. Ponad 20 lat po nawróceniu i jeszcze wciąż, jakbym zaczynała od nowa swoją katechizację.


Zaraz po przyjeździe do Dąbrówki udałam się do kaplicy i pomimo, że Jezusa Eucharystycznego jeszcze w niej nie było, to spotkałam się z Panem w Jego jakże wymownym obrazie - figurze Jezusa ukrzyżowanego z odłamanymi ramionami i stopami. W duszy zrodziło się pytanie: "Panie czy chcesz abym była Twoimi ramionami i niosła Cię na swoich stopach?"

 

Program rekolekcji był bardzo bogaty w treści. Nie będę ich tutaj wypisywać, może tylko podzielę się paroma pytaniami, które sobie zadawałam:

  • Czy umiem przyjąć prawdę o sobie, która jest wymagająca i która boli? Prawda, która nie prowadzi do dobra nie jest prawdą. Nie szukaj prawdy u zatrutych źródeł!
  • Czy zgłębiam naukę Kościoła (teraz w Roku Wiary szczególnie dokumenty II Soboru i Katechizm Kościoła Katolickiego), aby poczuć się mocniejszą w wierze, aby potrafić nieumiejętnych pouczać?
  • Czy umiem słuchać bez oceniania i czy potrafię WSŁUCHAĆ się z troską w problemy drugiego człowieka? Żyjemy w epoce poradników do wszystkiego, lecz znaleźć kogoś, kto wysłucha nie jest łatwo.
  • Czy potrafię spokojnie szukać sposobu rozwiązania, gdy pojawiają się wątpliwości, a jeśli go nie znajduję – to CZY UFAM, że BOŻA OPATRZNOŚĆ CZUWA?
  • Czy modlę się do Ducha Świętego, a jeśli tak, to czy potrafię tak naprawdę w sercu zawierzyć, bezgranicznie ufać, nawet jeśli niczego nie rozumiem, bo wszystko idzie nie tak jak oczekiwałam?
  • Czy zastanawiałam się kiedyś, że chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało łatwego pocieszenia, że Boże pocieszenie nie dokonuje się poprzez odrzucenie cierpienia, ale wręcz przeciwnie, poprzez przyjęcie go i zjednoczenie z cierpiącym Jezusem?
  • §Czy pracuję nad wewnętrznym usposobieniem dla cierpliwego znoszenia trudnych bliźnich?


To nie są wszystkie pytania, ale wierzcie mi, że odpowiedzi, które otrzymałam już kwalifikują mnie do poprawki!

 

Nasza nadzieja w Bożym Miłosierdziu, które jest większe od naszych słabości i grzechów. Gdy tylko się gdzieś zagubimy, Pan zaraz zostawia całe bezpieczne stado i biegnie, by NAS szukać. Gdy tylko potrafimy, choćby zwrócić swoje serce w Jego stronę - bierze nas w ramiona, obuwa w sandały i zakłada pierścień. Niczego złego już nie pamięta, bo taka jest MIŁOSIERNA MIŁOŚĆ!
Zatem wystarczy by zwrócić swoje serce aktem własnej nieprzymuszonej woli do Boga i odpowiedzieć "TAK, CHCĘ", nie martwiąc się całą resztą, bo Pan to sprawi i cudem będzie w naszych oczach.

 

Z ufnością i radością w sercu opuszczaliśmy Dąbrówkę - dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do tego, żeby te rekolekcje mogły się odbyć.

Share

Wierzę w Boga…. Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi.

Nie raz zdarzyło nam się pewnie myśleć abstrakcyjnie. Przypomnijmy sobie chociażby dziecięce marzenia o złowieniu złotej rybki, spełniającej życzenia, chęci sterowania czasem lub unoszeniu się w powietrzu. Dziś nie mamy tak wybujałej wyobraźni, przez co np. określenie Boga, jako wszechmogącego, może okazać się trudniejsze do zrozumienia. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi jasno: Dla boga ,, nie ma nic niemożliwego”( Łk 1, 37). Jest wszechmogący. Kto woła w swojej nędzy , wierzy w Jego wszechmoc. Bóg stworzył świat z niczego. On jest Panem historii.  On kieruje wszystkimi sprawami i wszystko może. W jaki sposób dowolnie posługuje się swoja wszechmocą, pozostaje tajemnicą. [268-278]

Myśląc o Bożej wszechmocy najtrudniej jest mi zrozumieć jak to się dzieję, że Bóg wszystko widzi, wszędzie jest i do każdego z nas podchodzi indywidualnie. Mając około dziewięć lat, po dogłębnej analizie, stwierdziłam, że będę się modliła dokładnie o godzinie 11, ponieważ wtedy Bóg jest w stanie poświęcić mi najwięcej uwagi. Rozumowanie było proste. Do modlitwy „Anioł Pański” jeszcze godzina i jutrznię też już każdy odmówił. Poza tym większość ludzi jest zajęta pracą albo jest w szkole. Teraz oczywiście wiem, że pora dnia nie gra roli ale jest to świetny dowód na to, że my podświadomie szukamy jakiejś logiki w tym wszystkim, próbujemy Boga rozszyfrować, mimo że wiemy iż jest to tajemnica. Pozostaje jeszcze jedna trudna sprawa. Co oznacza, że Bóg jest wszędzie? Aby to zrozumieć trzeba uwierzyć pierw, że Bóg jest Stworzycielem świata. Jeśli nam się uda, zauważymy, że we wszystkim, co stworzył, pozostawił cząstkę siebie. Dodatkowo ułożył świat w odpowiednim porządku, każdemu stworzeniu przypisał odpowiednie zadania.  Jest obecny też w człowieku, ponieważ stworzył go na Swój obraz i podobieństwo. Sam Mikołaj Kopernik, posiadając szeroką wiedzę na temat astronomii, medycyny czy  matematyki, nie uciekał się do tych nauk w sprawie genezy powstania świata. Mówił: Któż przez obserwację i refleksję nad Bożą mądrością kierującą wspaniałym porządkiem gmachu świata nie zacznie podziwiać wszechmogącego Budowniczego.Podobnie głosi Katechizm Kościoła Katolickiego: Tylko Bóg, który istnieje po drugiej stronie czasu i przestrzeni, stworzył świat z niczego i powołał do istnienia wszystkie rzeczy. Wszystko to, co jest zależy od Boga i tylko dlatego istnieje, że Bóg tego chce. [290-292,316] 

Jeśli nie potrafimy zrozumieć wszystkiego, nie przejmujmy się. Nie jest to od nas bezwzględnie wymagane. Jesteśmy tylko ludźmi. Ale to właśnie dla nas to wszystko powstało, a my żyjemy dzięki wielkiej Bożej miłości. Nie starajmy się być lepsi od Boga i próbować „zbawiać” świat na własną rękę. Nie uda się. Nauczmy się Go uwielbiać, kochać, ufać Mu i wierzyć w tę cudowną Miłość, a  niczego nam nie zabraknie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni.(J 15, 7)

Share

Dzieje się:


9.03-11.03 SA
16.03-18.03 Ewangelizacyjna OM

23.03-25.03 SA Diecezjalnego

Więcej terminów: KALENDARZ

Oazy Wakacyjne

Bank Modlitwy

Czeka Nas Droga

W sieci